Strona główna

Opis rejsu - RELACJE

Nagroda - wyróżnienie

Usługi

Galeria zdjęć

Kontakt
Wyprawa żeglarska z dziećmi
Opis rejsu - RELACJE

Spis treści.

Zaczęło sie od "PETRY"
I.    POCZĄTEK REJSU BIMSI - MORZE BAŁTYCKIE. 14.06-28.06.2008
II.   KANAŁY NIEMIECKIE. 06.07-22.07.2008
III.  RZEKI NIEMIEC - REN I MOSELA. 22.07-11.08.2008
IV.  FRANCUSKA MOSELA I KANAŁ DES VOSGES. 12.08-29.08.2008
V.   RZEKAMI PRZEZ FRANCJĘ - SAONA I RODAN. 30.08-20.09.2008
VI.  MORZE ŚRÓDZIEMNE-WYBRZEŻE FRANCJI I HISZPANII. 24.09-28.10.2008
VII. ZIMOWANIE. HISZPANIA - COSTA BLANCA 29.10.2008-31.03.2009
VIII.PIĘKNE BALEARY. IBIZA, MAJORKA I MENORCA. 01.04-23.06.2009
IX.  WŁOSKIE WYSPY- SARDYNIA I SYCYLIA. 23.06-17.08.2009
X.   WYSPY EOLSKIE I NIE TYLKO. WŁOCHY. 18.08-30.09.2009
XI.  ZIMOWANIE. FRANCJA-LAZUROWE WYBRZEŻE. 01.10.2009-31.03.2010
XII. POWRÓT BIMSI. OD NICEI, PRZEZ RODAN DO FOUCHECOURTU. 29.04-10.07.2010
XIII. BIMSI w POLSCE . PRZEZ KANAŁY I PRĄDY RZEK DO POLSKI.


Zaczęło sie od "PETRY"

Daleki rejs planowaliśmy od dawna. Początkowo oczywiście były to tylko marzenia ale idea pozostawała ciągle. Powody dla których przez około 8 lat mówiliśmy ciągle "tak" jednak się zmieniały. Byliśmy przekonani że taką ideę trzeba zrealizować i powoli się do tego mimochodem przygotowywaliśmy.

Z wielu sezonów spędzonych na śródlądowym żeglowaniu wypłynął pomysł zbudowania własnego jachtu. Przez cztery sezony budowaliśmy "pod chmurką" słomkową "Piątkę" konstrukcji J. Maderskiego która "omijała" przepisy rejestracji (4,98m). Konstrukcja to pancerny jacht morski, co prawda wtedy nie mówiliśmy nawet między sobą że będziemy pływać nią po morzu, ale podskórnie czuliśmy że tam nas ciągnie. Petra (takie nadaliśmy jej imię) pływa niesamowicie szybko i bezpiecznie. Po pierwszym sezonie po wodowaniu jesteśmy pewni że podoła "każdym warunkom" - tak właśnie reklamował swoją konstrukcję na łamach "Rejsu" pan Maderski.

Rozpoczęliśmy snuć plany rejsu dookoła Europy z Warszawy do Warszawy. Plany niestety trafiły w martwy punkt. Pierwszy powód to oczywiście Sowieci, którzy sobie wybuchnęli elektrownię w pobliżu bardzo atrakcyjnej drogi wodnej, która teraz jest zamknięta. Drugi to przyrost naturalny ludzkości który miał się niedługo powiększyć za sprawą naszego syna Igora.

"Petrą" pływaliśmy przez kolejne cztery sezony. Trzy wspaniałe sezony śródlądowe, kiedy zwiedziliśmy 1/4 Polski. Płyneliśmy Wisłą z Warszawy na Zalew Wiślany, pływaliśmy po Zalewie i kilka razy kanałem z Elbląga do Iławy. Cały sezon spędziliśmy na pojezierzu Iławsko-Ostródzkim niejako zastępczo bo planowaliśmy przelot z Zalewu Szczecińskiego na Zalew Wiślany, ale znów przyrost naturalny dał o sobie znać (córka Ida). Na całkowicie słoną wodę Petra wpłynęła na cały sezon w zeszłym roku. Rezydowaliśmy w najpiekniejszym porcie Zatoki Gdańskiej - Górkach Zachodnich. Sezon był trudny, zwłasza że głównie urlop zaplanowaliśmy na lipiec, a w zeszłym roku w lipcu duło.... że ho. ho. (górale pamietają). Dodatkowo żegluga przelotowa miedzy portami z trzylatkiem i siedmiomiesięczniakiem nie może trwać długo. Po tym rejsie podskórnie czuliśmy że jeżeli jakoś wypali nasz "wielki rejs" to raczej Petra bedzie do tego celu za mała.

Sprawy potoczyły się szybko. Intensywności w realizacji planu dodał sposób funkcjonowania naszej cywilizacji z którym nie mogliśmy się do końca zgodzić. Więc jak wspomniałem na początku powód wypłynięcia ewoluował, od czystej młodzieńczej chęci poznawania świata, do chęci bycia z dziećmi. Bardzo trudno było nam odsyłać dzieci na całe dnie do przedszkola i żłobka żeby spędzić samemu dzień w wawa@work. Ta masakryczna machina wysysająca z ludzi człowieczeństwo ostatecznie zaważyła że poszliśmy za głosem Wojciecha Kmity i wyrwaliśmy się z niekończącej się spirali potrzeb.

W internecie znaleźliśmy ogłoszenie: sprzedam jacht Dufour 2800. Obejrzeliśmy jacht i kupiliśmy go. Jak to często bywa jest to jacht kompromisu wielkości do ceny.

Planujemy pływać przez 2 lata i w zasadzie mamy jedynie zarys trasy. Bałtykiem i Morzem Północnym na zachód "ile się da" przez 2-3 tygodnie. Ten odcinek planujemy pokonać we dwoje bez dzieci. Potem rzekami i kanałami na Morze Sródziemne i dalej w lewo, albo w prawo :) już w rodzinnym składzie.

 

I. POCZĄTEK REJSU BIMSI- MORZE BAŁTYCKIE.  14.06-28.06.2008

Szczęśliwie udało nam się przetrwać 13 w piątek i nie wyrwaliśmy się na morze tego dnia .. Za to sobota to już był ten czas, BIMSI po otrzymaniu nazwy wypłynęła na spokojne wody Bałtyku.
Pogoda sprzyjała, tylko czasami brakło wiatru, więc pierwszy port Łeba osiągnęliśmy w niedzielę wieczorem. Wpływając do pięknej mariny zamurowało nas, ze zdziwienia i w rzeczywistości. Jeszcze przed pierwszym pomostem nagle staneliśmy w miejscu a sonda pokazuje 0,9 m. Nasze zdziwienie było wielkie, jak to 0,9m ?? jeżeli tak to powinniśmy leżeć na burcie z naszym 1,80m zanurzenia. Nie ma żadnych znaków, nikt nie ostrzega. Rzut oka za burtę wszystko wyjaśnia - stoimy w mule, poruszone osady wyraźnie widać. To raczej dramatyczna sytuacja dla łebskiej mariny, cumować się da "od zewnętrznej" pierwszego pomostu. Ponieważ miejsc nie było, wzieliśmy duży rozpęd i wbiliśmy się w pierwsze miejsce po wewnętrznej. Rano wychodziliśmy "cała naprzód" + szpring z całych sił przez plecy.

Następny skok do Kołobrzegu, podczas leniwego kołysania się na falach łapiemy dorsze, robimy pierwsze pranie w wodzie morskiej :-) i nawet jest ok nie kruszy sie od soli. W nocy nadłożyliśmy mil omijając poligony Ustki. Lepiej było nie zadzierać z marines, którzy jak się następnego dnia okazało zgubili tarczę strzelniczą. Dryfowała ona po Bałtyku o czym w ostrzeżeniach nawigacyjnych informowało niezawodne Witowo Radio. W Kołobrzegu w porcie ciasno, musimy stawać longside do innego jachtu.

Słuchamy pilnie pogody na ukf-ce i śledzimy komunikaty z navtexu, prognozy są ok , więc w środę rano odbijamy do Sassnitz. Płynie się miło, spokojnie, wieje umiarkowanie, dopiero rano trochę silniej przywiało i ok 15.00 zawitaliśmy na niemieckiej ziemi, z radością :-) wciągając niemiecką banderkę pod saling. Port w Sassnitz dość sympatyczny, szukamy Hafenmajstra aby uiścić opłatę za port. Bosman jednak ukrywał się, chyba dlatego że przepiękna nowa marina jest jeszcze nie czynna a chyba głupio mu pobierać opłaty za postój przy falochronie i odległość do WC ok 2 km :). Niby to jesteśmy w zjednoczonej Europie ale niemieckie służby czuwają. Na szczęście to tylko przyjemność. Odwiedza nas Policja - jeden mundurowy ku naszej uciesze wspaniale mówi po angielsku. Wkrótce po Policji przychodzi przemiła pani celnik mówiąca tylko po niemiecku. W sumie to nie wiemy jak takie nawiedziny traktować, czy oni powinni, czy tylko mogą?? Niemniej z powodu bariery językowej nie powiedzieliśmy o pięciolitrowej drewnianej baryłce wypełnionej polskim trunkiem, którą w prezencie na cięzkie chwile dostaliśmy od przyjaciół.

Piątek - pełni zapału odbijamy od falochronu, chociaż wieje ostro (Hafenmajstra w końcu nie spotkaliśmy, udało sie zaoszczędzic kilka euro ). Przed nami cel - Heiligenhafen. Udało nam się upłynąć 25 mil, do momentu kiedy stwierdziliśmy, że czas zawracać - wiatr idealnie przeciwny 7B i fala nie mała i tężeje . Wrócliliśmy więc ciemną nocą do Sassnitz , gdzie po 2 dniach sztormu znalazl nas Hafenmajster. Okazał się jednak dobrym człowiekiem i pozwolił nam stać w porcie ile chcemy a skasował nas tylko za 2 dni. Miał jednak odnotowane dokładnie w swoim kajeciku kiedy pierwszy raz się tam zjawiliśmy.
Zwiedziliśmy miasteczko dośc dokładnie ale z niecierpliwością wyglądaliśmy poprawy pogody. No i się poprawiła w końcu, chociaż mieliśmy już spóźnienie w stosunku do planu rejsu.

Znowu obraliśmy kierunek Heiligenhafen (uparci z nas żeglarze co ?) i płyniemy od 4 rano w niedzielę. Już trochę ostrożniejsi, analizujemy wiatr i prognozy, niewiele się zgadza. Pod wieczór dopada nas burza , pada i znowu sie trochę rozwiewa a w odbieranym jeszcze na ukf-ce Radio Witowo zapowiadają sztorm na rano w naszym rejonie. Więc jako ostrożni żeglarze postanawiamy wpłynąć do znajdującego się w pobliżu Darsser Ort. Płyniemy na elektroniczną mapę i dokładne namiary w locji "Wybrane porty", więc posuwamy się jak po sznurku .... i lądujemy na piasku jakieś 40 m od portu. Jak się dokładnie później zorientowaliśmy port nie funkcjonuje co jest warte zapamiętania, tym bardziej że świecące boje podejściowe pięknie zapraszają. Nie świeci jedynie nabieżnik i nie udało nam sie wyłowić reflektorem wszystkich nieświecących, co nie wzbudziło w nas niepokoju. Wszystko to było w okolicach jak wiadomo rozległych mielizn. No i zrobiliśmy błyskawiczny zwrot o 180 stopni i z duszą na ramieniu zaczęliśmy wycofywać sie z wejścia do portu widmo.

W okolicy nie ma żadnej alternatywy więc nie pozostało nam nic innego jak płynąć dalej , w ten zapowiadany sztorm, który mieliśmy nadzieję uda nam się jakoś ominąć, a raczej on ominie nas. O piątej nad ranem wieje już regularne 7 B i rośnie wiatr. Godzinę potem wiało już 8 B. Próba sztormowania pod wiatr do portu Warnemunde po godzinie walki okazała się beznadziejna. Równolegle z falą dawał chyba znać o sobie prąd w Kadett Rinne więc jakie wyjście nam pozostało ? Zawrócić jak chcieliśmy kontynuować nasz rejs cali i zdrowi. Portu schronienia co prawda nie było, ale jedyne słuszne miejsce aby przeczekać sztorm to było podejście do portu widmo, gdzie powinno byc zaciszniej i mniejsze fale.

Płynięcie z wiatrem, tym razem nie należało do przyjemnej zabawy. Planowaliśmy przyciąć w miarę krótko mielizny przy cyplu Darsser Ort żeby nas zbyt daleko nie wywiało. Fale przy wietrze SW budowały się w tym miejscu w niesamowite formacje. Prędkość bez żagli mieliśmy średnio 6 wezłów na logu i 8 nad dnem, co w normalnej żegludze na BIMSI nawet przy pełnym ożaglowaniu się nie zdarza. Dopłyneliśmy do Darsser Ort i rzuciliśmy do wody kotwicę a sami padliśmy na koje bo jednak nieźle nas sponiewierało to morze :-).Tam przestaliśmy kolejne 2 doby czekając aż wiatr osłabnie. Zyskaliśmy jednak dodatkowe informacje, które wpłynęły na zmianę naszej, dalszej trasy. Spóźnienie co do planu mieliśmy już bardzo duże i wiedzieliśmy że do Francji nie dopłyniemy. Na kotwicowisku, które zapoczątkowaliśmy przed portem w kilka godzin po nas zjawił sie kolejny jacht, z którego załogą mieliśmy okazję się zaprzyjaźnić w dość nietypowy sposób. Później w nocy żelazo w pobliżu rzucił jeszcze jeden piękny drewniany duński jacht.

Po dwóch dniach milczenia chcieliśmy wysłać sms do rodziny że wszystko u nas gra, ale pechowo wlasnie skonczyla sie kasa na telefonie, więc wpadliśmy na pomysł nawiązania kontaktu w celu użyczenia komórki na sms z sasiednim właśnie, niemieckim jachtem. Próby połączenia radiowego zawiodły, więc spróbowaliśmy po angielsku krzycząc do siebie. To też nie przyniosło spodziewanych rezultatów i w końcu słyszymy tekst - ale o co się rozchodzi !?.


 Sebstian wskoczył więc w kamizelkę i pokonał wpław te 30 m, jakie nas dzieliło od kolegi rodaka, który pływał pod niemiecką banderą. Z tego spotkania poza udaną rozmową z krajem wynikła zmiana trasy. Panowie przypłynęli właśnie z Lubeki i polecali tamtejsze kanały w dotarciu do Morza Śródziemnego. Zmieniliśmy więc kurs z Kilonii na Lubekę, gdzie dotarliśmy już bez przeszkód z pomyślnym wiatrem w czwartek. Po odespaniu kolejnej nocy na morzu w marinie Baltica w Travemunde, ruszamy na poszukiwanie portu, gdzie moglibyśmy zostawić BIMSI na tydzień za w miarę rozsądne pieniądze. Po dość dokładnej eksploracji wszystkich kolejnych przystani w górę rzeki Trave, czwarta okazała się tą trafioną (takie klimatyczne, niemieckie Parolewo dla wtajemniczonych). Przemiły bosman prywatnego YKL zaproponował nam 35 E na 9 dni postoju i możliwość użycia dżwigu do położenia masztu. W dalszą drogę niemieckimi kanałami BIMSI wyruszy juz w pełnym składzie ok 7 lipca.

 

II. KANAŁY NIEMIECKIE.  06.07 - 22.07.2008

Jesteśmy już wiec we czwórkę na BIMSI, dzięki szwagrowi Włodkowi, który nas przywiózł samochodem. W sobote 06.07 złożyli chłopaki maszt, założyli siatkę w kokpicie aby dzieci nie powypadały, (a propos siatka jest oryginalna do badminktona).
W niedzielę zostawiliśmy miłemu Hafenmajstrowi rum z kartką z podziekowaniem za miły pobyt i ruszyliśmy w podróż na Morze Sródziemne.

  
Ponieważ to jest okienko wilków morskich dla wtajemniczenia śródlądowego podam nietypową trasę na Morze Śródziemne. Przed nami kilka kanałów niemieckich, rzeka Ren a potem rzeka Mosela część niemiecka i francuska, następnie kanały francuskie a potem Soana i Rodan. Narazie jednak płyniemy rzeką Trave do pierwszego kanału Elba - Lubeka Kanal. Nie spiesząc się więc, 61 kilometrów pierwszego kanału pokonujemy w 3 dni. Pierwsze śluzy za nami, staramy się dopracować ich przechodzenie za każdym razem. I nie chodzi tu bynajmniej o brak naszego doświadczenia w pokonywaniu śluz ale o opanowaniu dwójki małych dzieci , żeby spędziły ten czas (przeważnie ok 15-20 min) pod pokładem lub w kokpicie w szelkach, a my w tym czasie jesteśmy na decku i śluzujemy BIMSI. Niby wydaje sie to proste ale niestety najwięcej problemów właśnie wtedy wynika, coś do podania jest pilnie potrzebne, Ida siusiu na nocnik, Igor zabrał jej zabawkę... itp., wiec jest ryk, dla osób mających dzieci myślę że ta problematyka jest całkowicie zrozumiała. Kiedy potrzebujesz chwilę spokoju to ciężko ją uzyskać tu i teraz :-).

Po noclegu w Lauenburgu płyniemy 5 km Łabą i wpadamy do kanału Elbe Seitenkankal. Tu z kolei 115 km, które też pokonujemy w 3 dni bo trochę zwiększyliśmy liczbę km na dzień. Jednym z powodów że nie ma co za długo robić na lądzie jest pogoda, nie za ciepło, pada z przerwami codziennie i pochmurno. Chociaż i tak wyprowadzamy się z dziećmi rano na spacer na 2 godziny , potem płyniem z 5-6 godzin i ok 1800 znowu wybieg do 20.30 mniej wiecej. Ale czasem w sztormiakach i kaloszach bo pada, ble.....

Na tym kanale warte wspomnienia są dwa wypasy niemieckiej techniki, pierwszy to dźwig, który podnosi nas w takiej jakby wannie na wysokość 38 m , a drugi to ogromna śluza z pływającymi na szczęście polerami , która wynosi nas na 23 m. Dźwig jest extra, super bezpieczny może poza tym, że za nami stawał jacht, który nam elegancko wpłynął swoim dziobem w rowery powieszone na pawęży. Na szczęście obyło się bez uszkodzeń. Niestety jacht z polską załogą :-). Śluza za to pomimo pływających polerów jest trochę niebezpieczna, ponieważ podczas śluzowania woda zostala wpuszczona z dośc dużą szybkością, co daje bardzo dużą siłę w odrzucaniu łódki od ścian śluzy i juz przez chwilę widziałam oczyma wyobraźni pekające nasze cumy a my rzuceni na drugi koniec śluzy... Na szczęście wyszliśmy z niej zwycięzko, a dzieci siedziały chwilę spokojnie bo teraz stosujemy metodę po dwie czekoladki i mamy mniej więcej te parę minut spokoju wtedy kiedy go potrzeba.

No i wpływamy w najsłynniejszy niemiecki Kanał Mitteland (czyli Kanał Srodkowy, łączący prawie wschodnią część Niemiec z zachodnią.). Wzdłuż tych wszystkich kanałów ciągną się ścieżki rowerowe i częściowo las lub pola. Niemcy to jednak bardzo aktywny naród, właściwie po tych kilkunastu dniach zauważamy pewien podział na wioski rowerowe, gdzie przez 2 dni widujemy mieszkańców tylko na rowerach a potem 2 dni tylko takich co biegają nad kanałem, a potem znowu zmiana :-). Ale trzeba im przyznać, że aktywni są okrutnie, nie widuje się w Polsce tak dużej liczby ludzi uprawiających sporty w miejscach publicznych a szkoda..

Podczas płynięcia mijamy bardzo dużo barek i co druga jest z polską załogą a co piąta jest wogóle polska. Machaja nam i często pytają dokąd płyniemy. I ciekawostka, niektóre barki mają poustawiane na pokładzie całe oranżerie, kwiaty w doniczkach, skrzynkach, nawet małe drzewka, a ci co pływają i mieszkają z małymi dziećmi dla nich nawet duże metalowe kojce służące za place zabaw na barce. W sumie dośc fajny sposób na życie i zarabianie pieniędzy. Polak z niemieckiej barki mówił nam, że zarabia miesiecznie 1800 EUR i drugi miesiac ma wolny, więc w sumie nie najgorzej a to tylko "wyrobnik" ciekawe ile zarabia "szef". Poza nimi dużo jest łodzi motorowych i troszkę jachtów. Ruch jest dośc duży momentami. Na tych kanałach wozi się barkami w zasadzie chyba wszystko co możliwe. Łabą z Hamburga jak autostradą mkną w głąb kraju setki tysięcy ton towarów. Ponieważ w Polsce jest to rzecz całkowicie niespotykana jest to dla nas widok bardzo egzotyczny, zwłaszcza spotkanie z pierwszą barką - tankowcem, czy kontenerowcem.

Igor i Ida nie nudzą się mimo kiepskiej pogody, chociaz Igor codziennie się nas pyta kiedy będziemy już nad morzem i na plaży. Ja codziennie mam nadzieję że pogoda się poprawi ale jak narazie to raczej sie robi bardziej deszczowa. Stajemy na postoje głównie na Liegestelle czyli przy wyznaczonych miejscach na kanałach a nie w portach, te omijamy ze względu na koszty postoju. Co 4-5 dni zachaczamy o jakiś port aby zatankować wodę i paliwo. Postojówki na kanałach są bardzo wygodne. Kanał się rozszerza i można parkować. Barki stają po 2 albo 3 wzajemnie do swoich burt. Na szczęście na miejsca wyznaczone dla jachtów nie ma aż tak wielkiego wzięcia. Raz tylko podpływając już dość poźno wieczorem musieliśmy poprosić załogę jednego motorowca o lekkie przecumowanie żebyśmy się zmieścili.

18 lipca żegnamy kanał Mitteland i skręcamy na południe kanałem Dortmund -Ems. Niestety pogoda nie ulega poprawie wręcz przeciwnie. Ten kanał mieliśmy krótki 108 km więc tak na 3 dni, podczas których nic specjalnego sie nie wydarzyło. Udało nam sie w Munster złapać internet na wodzie, coprawda musieliśmy wykręcić 5 kółek przed zdziwioną gawiedzią w restauracjach nabrzeżnych ale pocztę udało sie wysłać i ściągnąć.

20.07.08 wpłynęliśmy na Rhein - Herne Kanal, czyli ostatnie 46 - kilometrowy kanał przed Renem. Odcinek dość ciężki bo na tak krótkim odcinku aż 4 śluzy, kazda mniej więcej opuszcza nas ok 8-12 m w dół. We wszystkich śluzach w Niemczech istnieje zasada że należy się zgłaszać z zamiarem śluzowania. Można to robić na wiele sposobów: UKF, telefon bądź "domofon". Pierwszego nie używaliśmy bo nie zamontowaliśmy anteny po złożeniu masztu. Na drugi nie chcieliśmy dodatkowo dorabiać operatorów GSM. Trzeci używaliśmy lecz nie na wszystkich śluzach były takie miejsca. Wiadomo że u naszych sąsiadów porządek musi być więc w zasadzie wszystko jest zorganizowane w bardzo dogodny dla jachtów sposób. Przed każdą śluzą jest wyznaczone miejsce postoju dla "łodzi sportowych". Tam właśnie bywają "domofony" którym możemy zgłosić się, że czekamy. Następnie przez głośniki zostaniemy poproszeni do wpłynięcia. Bywało tak że jeżeli nie ma domofonu a na stanowisku śluzowym stoi jacht (takie miejsca są wyłącznie dla czekających na śluzowanie, nie można tam nocować) to wołają również bez zgłoszenia. Rzadko śluzowane są same jachty, głównie wchodzą barki i jeżeli zostanie trochę miejsca to upychają jachtami.

22.07.08 kończymy mam nadzięję kanały niemieckie (łacznie 566 km ) i wpływamy na rzeki. Trochę nas straszą tym Renem, a głównie prądem na nim ale spróbujemy, może się uda. Bo dla niezorientowanych będziemy płynąc Renem pod prąd , który ma prędkość podobno 4-8 km/h a my mamy maksymalną predkośc 10 km/h, więc lepiej żeby prąd miał 4 km a nie 8 km/h i żeby ostro wiało z północy bo nie upłyniemy za daleko :-))))).

 

III. RZEKI NIEMIEC - REN I MOSELA
22.07-11.08.2008

Lekko znudzeni kanałami wpływamy na Ren, gdzie na początek poraża nas prędkość pędzących barek, które płyną z prądem. Musicie mi wierzyć one nie płyną - one pędzą, pojawiają się z za zakrętu i nie minie kilka minut już nas mijają. Ren jest bardzo szeroką rzeką w tym miejscu od Duisburga gdzie na niego wpłyneliśmy. Ruch barek z prądem czy pod prąd jest niesamowity, momentami było aż tak, że 4 barki mijały się jednocześnie i jeszcze my gdzies z boku między nimi. Barki na Renie są gigantyczne. Pływają zestawy po 300m i więcej. Widzieliśmy również potwora wiozącego samochody na 4 pokładach ponad wodą i był to zestaw barka + 3 doczepki - jedna z przodu i dwie z boku. Płyniemy trzymając się toru wodnego chociaż kuszą nas małe plażyczki, które są dużą odmianą po kanałowych stromych brzegach.

Na początek lądujemy jednak w porcie dla sprawdzenia sytuacji. Ceny są od 6 EU , najdrożej zapłaciliśmy w Kolonii bo aż 16 EU za nocleg. Porty są różne, część w zatoczkach, część na prądzie rzeki przy brzegu lub za wyspami, których jest tu całkiem sporo. Staramy się wybierać te w zatoczkach bo są spokojniejsze, jednak nie zawsze sie to udaje. Pływanie Renem pod prąd naszą łodką nie jest łatwe, wyciskamy z silnika wszystko a zdarzają się momenty, że prędkość mamy 1,7 km/h a czasem przez dobrą chwilę po prostu stoimy w miejscu. Staramy sie wybierać te częsci rzeki, gdzie prąd jest najmniejszy (tzw. rogi zakrętów) i wtedy płyniemy nawet 5,5 km /h.

Do plaż dochodzimy z portów. Są one położone niedaleko ale w większości kamieniste, woda czysta zachęca do kąpieli. Igor z Idusią korzystają skwapliwie z tej zmiany krajobrazu, zbierają i rzucają kamienie do wody, biegają po plażach. Na szczęście pogoda się nam poprawiła i urządzamy dzieciom nawet basen z wanienki na pokładzie podczas płynięcia i na postojach. Nasza trasa przebiegała Renem od Duisburga przez Dusseldorf, Leverkusen, Kolonię, Bonn. To te bardziej znane miasta, z których udało nam sie zwiedzić właściwie tylko Kolonię ale to też z tego powodu, że chcieliśmy mieć Ren jak najszybciej pokonany i nie tracić czasu na dodatkowe postoje.

Na odcinku Renu jaki przebywaliśmy (od 720 km do 590 km - to km rzeki ) nie było żadnych śluz więc trochę odsapneliśmy od tych czynności śluzowo-dźwigowych i emocji z nimi związanych.

W Kolonii mamy bardzo przyjemny weekendowy postój poniewaz mamy na pokładzie pierwszego gościa z Polski - naszego przyjaciela Zakiera, który akurat służbowo baluje u Niemców, przepraszam: haruje :-). Port w Kolonii jest prawie w samym centrum miasta, jakies 3 km od słynnej katedry. Wieczory 25 i 26 lipca przeznaczamy więc na relaks na pokładzie BIMSI, tym bardziej że nasz drogi gość zachował sie jak Święty Mikołaj i zarzucił nas wiktuałami i napitkiem. W dzień zwiedzamy, kąpiemy się w Renie, odwiedzamy wielki park z ogromnym placem zabaw, dzieciaki zmordowane ledwo dociągamy do łódki, Ida na rękach a Igor jedzie w jej wózku.

W niedzielę 27.07 popołudniu opuszczamy Kolonię i płyniemy dalej, stajemy w pierwszym na prądzie porcie w Hersel za dużą wyspą. I tu przytrafia nam się niemiła przygoda, po której jakoś poczuliśmy antypatię do rzeki Ren. Było to następnego dnia gdy wypływając z portu, płyneliśmy dalej wzdłuż wyspy chcąc wypłynąć na pełną rzekę z drugiej jej strony, no i to był błąd! Lądujemy na mieliźnie ! Niestety najgorszej z możliwych - na kamieniach. Przytrafia nam się to w momencie już odwrotu, bo pod sam koniec wyspy zaczęło się nagle robić dość płytko, więc decyzja odwrót i w tym momencie prąd spycha nas w bok a tam już 1.6, 1.4, 1.2 m głębokości, trochę huku i łomotu i stoimy na kamieniach. Bimsi położyła się na burtę a patrząc w wodę odnosiło się wrażenie że stoi się pośrodku rwącego górskiego potoku.

Na szczęście przecieku nie było, szybko zawołaliśmy o pomoc ludzi na brzegu i akcja ratunkowa łącznie z helikopterem została zorganizowana w ciągu 10 minut. Ja z dziećmi dostałam się na brzeg dzięki uprzejmości załogi małej motorówki, która nie bała się do nas przybić i nas zabrać na brzeg. Sebastian został na posterunku i czekał na tego odważnego, który nas spróbuje ściągnąć z kamieni.

Niestety mimo silnej ekipy ze strony straży pożarnej i policji wodnej nie dali rady nas ściągnąć, a może potrzebowali więcej czasu, w każdym bądź razie ściągnął nas w kowbojskim stylu Hafenmajster z portu, w którym nocowaliśmy. Podpłynął do nas swoim jachtem motorowym na dużej prędkości (miał 2 silniki po 280 koni - my mamy silnik 14 konny) łapiąc w biegu podaną mu przez Sebastiana cumę i Bimsi obróciła się, podskoczyła 3 razy jak dziki koń i zeskoczyła na głębszą wodę. Rozległy się oklaski z brzegu bo widownię mieliśmy niekiepską , ja z dziecmi dotarliśmy policyjną łodzią motorową dostarczeni prosto na BIMSI.

Tak więc "trochę" adrenaliny było tego dnia, na szczęście wszystko zakończyło się szczęsliwie. Okazało sie potem że oznaczenia aby tam nie pływać są ale od strony głównego nurtu Renu, więc jakbyśmy chcieli z tamtej strony wpłynać do portu to na pewno byśmy je dostrzegli , gorzej z wypłynięciem, tego jakoś nikt nie przewidział. Prawda jest taka, że niemcy pływając w większości łodziami motorowymi o małym zanurzeniu, nie muszą się przejmować takimi miejscami a my mając 1,80 jesteśmy w trochę gorszej sytuacji.

Ren jest rajem dla motorowodniaków. Brak śluz na długim odcinku i jego rozmiary pozwalają na swobodny ruch wszelkiej maści ślizgaczy. Jest ich mnóstwo od skuterów do potworów po 2000-3000 KM. Jacht żaglowy nie ma tutaj niestety żadnych szans. A żaglówką taką jak nasza najlepiej płynąć tylko z prądem.

Ja chcę juz na morze !!!!.

Przed wpłynięciem na Moselę odwiedził nas jeszcze raz Zakier w Brohl (zaciszny port w zatoczce, i GŁĘBOKI przede wszystkim ). Było fajnie i poczuliśmy się tak jakoś rodzinnie. Widokowo ostatnie 2 dni na Renie są super bo zaczynają się winnice z zamkami na górach i jest to naprawdę miła odmiana po Zagłebiu Ruhry.

I... z ulgą żegnamy Ren 31.07 i witamy pełni wiary na lepsze rzekę Moselę w Koblenz. Mosela prąd ma znikomy a właściwie prawie go nie ma, podchodzimy wiec powolutku do pierwszej śluzy bo znowu płytko i okazuje się, że małe śluzy przeznaczone dla Sportbootów - nie dla nas - bo głębokości w śluzie nie przekraczają 1,5 m., więc zawracamy i kierujemy się na dużą śluzę razem z barkami. I słusznie zrobiliśmy.

Spotykamy w śluzie bardzo miłego Niemca na sąsiednim jachcie, który nam opowiada o zwyczajach na Moseli, gdzie można, stawać co zwiedzić. Stawać można więc poza portami w wielu miejscach, za śluzami, gdzie są duże rozlewiska, można kotwiczyć poza torem wodnym , można stawać do kamiennych ścian w miastach no i oczywiście w portach :-).

Mosela jest rzeką bardziej turystyczną niż Ren więc i ceny są bardziej turystyczne bo w porcie w Koblenz kasują nas 10 EU. Niezrażeni wyciągamy rowery i jedziemy na eksploracje terenu. Znajdujemy Lidla i już jest dobrze :-) - dzieciaki lody , my degustujemy lokalne piwko.

Codzienne pływanie robi się jakieś takie bardziej wakacyjne, otaczają nas wspaniałe krajobrazy ciągnących się dziesiątkami km winnic, powodują że samopoczucie nam się poprawia i złe wspomnienia się zacierają, aczkolwiek pozostawiając wzmożoną ostrożność. Stajemy różnie albo na kotwicy - napompowaliśmy już nawet ponton ku uciesze Igora i dwa razy korzystalismy z dodatkowego środka transportu na brzeg albo przy mniej obleganych portach (które czasem okazują sie gratisowe bo nie ma w nich nikogo ) albo nawet przy pomostach dla statków wycieczkowych. Tylko wtedy zwijamy się wcześnie rano, żeby nas nie rozjechały podpływające tam statki albo żeby ludzie nam się nie władowali na pokład :-).

Pogoda znowu super, cieplutko, uczymy dzieci kąpieli i pływania w kamizelkach, sami pływamy rano i wieczorem. Odwiedzamy sklepy, robimy lekkie zakupy jednym słowem luz. Tuż przed granicą z Luksemburgiem stajemy w Trewirze i udajemy się na zwiedzanie tego najstarszego miasta w Niemczech - to prawda jest urocze, robimy łącznie 18 km (IGOR SAM NA SWOIM ROWERKU !!!) i pełni nowych wrażeń wpływamy na nocleg na strone luksemburską. Jeszcze gwoli wyjaśnienia Mosela stanowi granice pomiędzy Niemcami a Luksemburgiem a w Schengen łączy trzy państwa bo jeszcze dodatkowo Francję. 10 km przed Schengen w miejscowości Remisch poznajemy przesympatycznego Polaka, żeglarza mieszkajacego już tu od 8 lat. Sebastian spedza cały wieczór na pogawędce a Pan Marcel obdarowuje nas prezentami, czym zaskakuje nas totalnie. My w zamian daliśmy mu książkę o niemieckich kanałach i rzekach bo już nam nie będzie potrzebna w tym rejsie a on kto wie może skorzysta..... Ostatni dzień na terenie Niemiec spędzamy częściowo na odwiedzeniu historyc
znego miejsca - Schengen - słynnego miejsca na całą Europę a jednocześnie maleńkiego, niepozornego miasteczka. Stajemy przy tym samym brzegu, gdzie stał zacumowany statek, na którym odbyło sie podpisanie paktu przez Luksemburg, Francje i Niemcy - dokładnie na granicy tych trzech państw.

I w końcu wpływamy do Francji, gdzie czekają na nas sery, bagietki wina... Cest la vie !

 

IV. FRANCUSKA MOSELA I KANAŁ DES VOSGES.
12.08 - 29.08.2008  

Mosela po stronie francuskiej trochę monotonna ponieważ co dziwne skończyły się widoki na winnice. Z miejscówkami na postoje też trochę bardziej ubogo niż w Niemczech, a wogóle to taki lekki bałaganik więc czujemy się podobnie jak w Polsce, nie ma już wypielęgnowanych ogródków i wylizanych niemieckich ulic, ale chyba nam ten obecny klimat bardziej pasuje :-) bardziej swojski. Rzeka po przekroczeniu granicy kompletnie się zmieniła. Jest zupełnie inaczej "skanalizowana". Coraz częściej do śluz prowadzą długie kanały a główny nurt płynie obok w postaci "górskiej rzeki" trochę podobnej do Dunajca. Zrobiła się również bardziej dzika, brzegi nie są już tak pieczołowicie umacniane jak u niemieckich sąsiadów.

Jeden z pierwszych noclegów wyraźnie zapadł nam w pamięć bo był to postój przy starym campingu, pomost spruchniały, co 3 deska obecna ale my też ze względu na swoje zanurzenie nie możemy za bardzo narzekać, grunt żebyśmy doszli do brzegu. Miejsce widać od dobrych kilku lat nie używane, chociaż kiedyś ktoś miał super pomysł żeby to zagospodarować, Sebastian ruszył na obchód terenu i pierwszą rzeczą jaką znalazł była tablica z napisem "Deviation", więc trochę dreszcz nas przeszedł, potem znaleźlismy wbity w pień drzewa stary zardzewiały sierp i już czuliśmy ten klimat :-), był i grill i piwko i noc przebiegła nam bardzo spokojnie, nie straszył nawet duch starego turysty :-).

Niestety nie zwiedziliśmy Metz, które było położone przy bocznym wejściu rzeki (głównym nurtem) i na wejściu zaczęło się robić 2,2 , 2,1 m głebokości więc czym prędzej zawróciliśmy odpuszczając sobie zwiedzanie. Tym bardziej że przestała nam działać sprawnie nasza sonda i czasem pokazuje głębokości nawet do 100 metrów :-)
Więc tak naprawdę dopiero następnego dnia poczuliśmy klimat Francji. Na śluzie w Pagny sur Moselle zobaczyliśmy kran z wodą i po podniesieniu nas do góry, lecę pędem ze śmieciami na drugą stronę śluzy i zapytać śluzowego czy możemy szybko nabrać wody. Wpadam więc zziajana do tego jego kantorka a on uśmiecha się szeroko i mówi do mnie : spokojnie, powoli, proszę się tak nie spieszyć bo nogi jeszcze Pani połamie. Ja lekko zdębiałam i mówie że no w sumie ma rację ale tak już wpadliśmy w rytm pospiechu w Niemczech bo nie może być zastoju na śluzach że nie mogę odwyknąć. A on do mnie jeszcze raz : tranquille, dousement c'est la France... (spokojnie powoli, to Francja) Czyż to nie urocze ? Kocham już ten kraj ! Powoli już wracam do jachtu, nalewamy wody, Śluzowy nam miło macha na pożegnanie. Zostawiamy jacht za śluzą i idziemy do miasteczka na zakupy, jest 12.30. Dochodzimy do Championa a tam przerwa popołudniowa od 12.30 do 14.30 ! I znowu szok, wiedzieliśmy o przerwach ale jakoś nie pasowało nam to do supermarketu, o których w Polsce słyszało się historie o kasjerkach w pampersach bo nie mają chwili na wyjscie do WC a co dopiero mówić o jedzeniu na 2 godzinej przerwie.

Dopływamy do Pont a Mousson gdzie znajduje się duży port a my musimy gdzieś się zatrzymać na przyjazd gości z Polski i znaleźć im miejsce na namiot. Prześliczna, niewielka miejscowość, (z klimatem oczywiście), porcik też sympatyczny. Najważniejsze że jest w miarę głęboko, można rozstawic namiot, zaparkować samochód i zrobić grilla. I w cenie mamy prąd i wodę. Wreszcie są - 15.08.2008, po całym dniu jazdy ok. 19.00 możemy już powitać naszą kochaną rodzinę. Włodek (brat Sebastiana) z żoną Majką oraz Majki siostra z narzeczonym. Cała delegacja !! Po uściskach otwierają bagażnik i "wysypują" prezenty od rodziców. Kochani nasi wszystkim wam jeszcze raz bardzo dziekujemy za przepyszne zapasy polskich wiktuałów !!!! A ekipie Włodkowej za chęć przewiezienia tego wszystkiego i silnika do pontonu ma się rozumieć :-). Balujemy więc w Pont a Mousson 4 dni, zwiedzamy razem Nancy ( miasto naszego króla Stanisława Leszczyńskiego, któremu się bardzo tam spodobało i dostał od króla Francji Ludwika któregoś tam całą Lotaryngi), goście wyskakują na jeden dzień do Paryża... . Odwiedziny super !!!
Po ich wyjździe ruszamy dalej i 21.08 opuszczamy już Moselę wpływając na jeden z francuskich kanałów - Canal de Vosges (dawny Canal de l'Est). Ma on 122 km i na tym odcinku znajdują sie 93 śluzy. Jakoś trudno nam było to sobie wyobrazić bo prawie co 1 km i kawałek śluza !

Jak się okazuje nie jest tak dokładnie, ponieważ na początku śluzy są rzadsze a potem dopiero następuje spiętrzenie do tego stopnia że wychodzisz z jednej a już widać kolejną . Poza tym ich wygląd też jest dla nas lekkim szokiem. Po pierwsze są bardzo małe, no góra na 2 łódki, więc jest pewna różnica po tych wszystkich prawie 200 metrowych śluzach spotkanych do tej pory. Na francuskich wodach obowiązkowo trzeba odwiedzić biuro VNF i kupić odpowiednią vinietę. Przy okazji można tam znaleźć całkiem przydatne broszury informacyjne o poszczególnych kanałach i całych regionach francuskich. Polecam zapoznać się z ich stroną internetową w sprawie cen i co ważne w sprawie ewentualnych planowanych remontów kanałów i śluz. My mieliśmy trochę szczęścia ponieważ planowaliśmy skrócić sobie drogę z Moseli na Canal de Vosges płynąc kanałem Marna-Ren i potem krótkim kanałkiem łączącym oba. Na szczęście na pierwszej śluzie kanału Marna-Ren bardzo rozmowny śluzowy spytał dokąd płyniemy no i poinformował o zamknięciu kanału łączącego. Płyneliśmy więc dalej Moselą. Ponieważ broszury VNF opisujące poszczególne drogi wodne uznaliśmy za wystarczające do nawigacji nie mieliśmy dokładniejszych map. Płynęliśmy więc trochę niepewnie Moselą szukając wejścia do kanału a tutaj proszę, niespodzianka - płynąc cały czas prosto wpływamy w pierwszą śluzę kanału.

Poczuliśmy się trochę niepewnie. Nie wiedzieliśmy jak wpłynąć ponieważ pierwsze drzwi otwarte a z drugich woda leje się na maksa i tworzy prawie niemały wodospad ale Pani Śluzowa z góry macha do nas sympatycznie i pokazuje że to całkiem bezpieczne :-). Pierwsze śluzy są ręczne obsługiwane przez pracowników VNF czyli tego stowarzyszenia wodnego we Francji - głównie są to studenci, no cóz mimo ze żadna praca nie hańbi ta najbardziej pasjonująca nie jest. Potem tak po ok 20 śluzach dostajemy pilota i dalsze śluzy są już automatyczne tzn. nie obsługiwane przez "czynnik ludzki". Jakieś 20 m przed śluzą jest czujnik na który należy skierować pilot i strzelić jak to mówi Igor, automat śluzowy dostaje sygnał i albo otwiera od razu wrota albo przygotowuje najpierw śluzę tzn napuszcza lub spuszcza wodę do odpowiedniego poziomu i wtedy otwiera wrota. My wpływamy, po umocowaniu BIMSI w śluzie podnosimy do góry niebieski pręt i mechanizm się załącza, tzn. zamykają się za nami wrota i woda wpływa do środka podnosząc nas do góry albo woda wypływa opuszczając nas na dół. Następnie kolejne wrota otwierają się i voila śluza pokonana.

46 śluz było w górę a potem 47 w dół bo przeszliśmy już wododział i teraz wszystkie wody spływają do Morza Śródziemnego. Nasz rekord jaki zrobiliśmy jednego dnia to 17 śluz, dosłownie wychodzilismy z jednej i już następna się zaczynała włączać. Niezła frajda, dobrze że dzieci już oswojone z tematem i znosiły to ze spokojem praktycznie zdane wtedy wewnątrz jachtu na siebie :-) ale nie martwiły się...

Pewnie się teraz zastanawiacie czy było coś w tym kanale poza śluzami ? No było było... niektóre super extra postojówki, z grillami, stołami przy drzewach i kwiatach, zbieraliśmy grzyby, odnieślismy też pierwsze sukcesy rybne , udało nam się złapać 2 rybki jakies takie karpiowate ale bardzo smaczne. Podczas jednego postoju poznaliśmy niesamowicie sympatycznego pracownika VNF-u, który nam towarzyszył przez kolejne kilka dni , tzn to był jego region objazdowy przy naszej trasie. Był na tyle uprzejmy że pomógł nam z butlą z gazem, najpierw probował wymienić lub napełnic 5 kg niemiecką ale nic z tego, w końcu kupił nam francuską 13 kg i dostarczył na jacht. Kochany człowiek ! Kanał przepływa przez piękną i mało zaludnioną okolicę. Wśród lasów i gór - takie połączenie naszego Kanału Elbląskiego z Soliną.

Jedno z najpiękniejszych miasteczek przy kanale des Vosges to Fontenoy de Chateaux - miasteczko jak z bajki, barwne mosty nad kanałem, brukowane małe uliczki, ciekawe zaułki, opuszczone posiadlości (do niektórych można było zajrzeć ) no i w ogóle klimat francuski na maksa. Tylko z internetem słabo, czasem coś się uda złapać ale rzadko.

Poznajemy też kolejnych ciekawych ludzi płyną na własnej barce -Belgowie z pochodzenia i hiszpańskie juz dzieci po kraju wychowania. Nawiazujemy znajomość i wtedy po raz pierwszy zastanawiamy się nad podsuniętym przez nich kierunkiem na zimę - Hiszpanią . Nocujemy wspólnie na dwóch postojówkach na kanale a potem jeszcze na Saonie ale o tym już w następnym odcinku ... :-)

 

 

V. RZEKAMI PRZEZ FRANCJĘ -SAONA I RODAN.
30.08 - 20.09.2008

 

Ostatnie chwile pobytu na Kanale des Vosges nie były do końca szczęśliwe, ponieważ w poszukiwaniu internetu postanowiliśmy się zatrzymać zaraz za ostatnią śluzą kanału przy wysokim, aczkolwiek płytkim brzegu. Przybijamy do brzegu na ile się da, kładziemy trap i Sebastian po nim miał wrócić na łódkę ale w momencie wejścia na trap, ten zsuwa się z brzegu i Sebastian ląduje w wodzie, pechowo na kolanach. Z sykiem bólu wstaje i patrzymy na rozcięte kolano, z którego leje się krew. Jakoś wchodzi na łódkę i zakładamy opatrunek. Internet sobie darujemy i wpływamy na Saonę. Jest to duża francuska rzeka płynąca prawie z Monthureux-sur-Saone w Haute Saone przez Burgundię, Dolinę Rodanu aż do Lyonu gdzie łączy się z Rodanem w największą francuzką rzekę, płynącą już do Morza Śródziemnego. Mamy do przepłynięcia Saoną prawie 400 km.

W pierwszej jej części Petite Saone (mała Saona) prąd jest znikomy więc przyspieszenia nie mamy wiele więcej niż moc silnika. Krajobrazy zmieniły się całkowicie, już nie gęsty las ale rozległe pola, doliny, małe miasteczka porozrzucane nad brzegiem rzeki. Charakterystyczny element regionu to wzory na dachach ułożone z dachówek w wielobarwne trapezy, kwadraty i inne figury geometryczne.

Pierwszy fajny port łapiemy w Fouchecourt, gdzie stajemy z naszymi znajomymi belgo-hiszpanami :-). Port i knajpkę prowadzi małżeństwo szwajcarów Heidi i Stefan, którzy 4 lata temu popłynęli w rejs na Morze Śródziemne na 14 miesięcy, w drodze powrotnej zatrzymali się w Fouchecourt i zostali już przejmując we władanie niewielki port.   Napisali też po powrocie książkę o swojej podróży ale z punktu widzenia psa, który im cały czas towarzyszył ! W tym porcie szybko poczuliśmy się dobrze. Wieczorem po zamknięciu knajpki długo siedzieliśmy, gadaliśmy i piliśmy piwo z nowymi i starymi znajomymi. Przekazali nam trochę ciekawostek i ostrzeżeń (głównie przed cenami portów !). Rano wspólnie z nimi przygotowujemy Paelle hiszpańską i jemy ją a midi (czyli na lunch). Pychotka !!

Kolejna atrakcja na Saonie to tunele, mamy ich 2 każdy po ok 600 m długości, robią niesamowite wrażenie, zwłaszcza że nasz jedyny tunel do tej pory pod którym przepływaliśmy jachtem (Petrą zresztą ) był pomiędzy Szelągiem Dużym a Małym w Starych Jabłonkach. I miał on z 80 metrów.

Fajne miejsca jakie zwiedzamy płynąc Saoną to:

Grey (super zygzakowate, kolorowe dachy i piękna starówka),

Auxonne z Zamkiem Ludwika XI i innymi ruinami ale padał deszcz wiec nie chciało nam sie za bardzo chodzić,

St Jean de Losne gdzie zaczyna się Kanał Burgundzki, jeden ze słynniejszych francuskich kanałów,

Tournus z rynkiem staroci w niedzielę,( na którym kupujemy Igorowi małe prawdziwe imadło za 2 eur bo akurat na nie zachorował ) i wspaniałym portem na rzece - darmowym !

Belleville słynne z Boujoulais Nouveau,

Lyon gdzie zatrzymujemy się na 3 dni i zwiedzamy miasto wspinając się w górę i schodząc w dół co z Idą na wózku nie jest łatwe.

Mamy też trochę przygód z rybami na Petite Saone bo największe okazy tu nam się właśnie trafiają. Zgodnie z tradycją co wieczór zostawiamy wędki przywiązane i zarzucone z przynętą i jednego wieczoru przed położeniem sie spać sprawdzamy czy czegoś już nie ma. I jest ! Mega ryba, tak ok. 2-3 kg na pewno. Mamy ją na pomoście, biegnę po wanienkę dzieci, chwila i mamy ją w wanience. Sebastian chce ją wyjąć z wanienki i przełozyć i .... ryba już z powrotem wskoczyła do wody ! Ale strata ! Ciężko nam było ją odżałować a Sebastian chyba pół nocy cierpiał :-). Z sukcesem udało się tylko wyciągnać 50 cm suma, którego ze smakiem schrupały dzieci.

Na dużej Saonie już od St. Jean de Losne prąd zwiększa się znacznie i my przyspieszamy, jedynym dyskomfortem jest mnóstwo śmieci, które niesie rzeka. Głównie to pełno traw, gałęzi a nawet połamanych pni drzew i spotkanie z nimi nie należy do przyjemności. Co jakiś czas musimy robić manewr tyłem pod prąd i zrzucać z kila to paskudztwo co nam się zaczepia i nas ostro spowalnia. W St Jean de Losne poznajemy też małżeństwo Niemieców, którzy również płyną na Śródziemne niewielką 6 metrową łódką coś jak nasze El bimbo.

Zapytani przez nas na ile płyną odpowiadają - na zawsze! Oboje tak koło 60 lat, pewnie już na emeryturach czy rentach i śmigają w świat. Ale tak naprawdę nie przypominali dotychczasowych Niemców jakich spotykaliśmy na wypasionych łódkach, to była raczej skromniejsza wersja naszych sąsiadów. A może po prostu lubią taki styl życia ? Widzimy się potem jeszcze w dwóch portach i spędzamy wspólnie miły wieczór przy ognisku.

No i w końcu 12 września wpływamy na ostatni etap naszej podróży do morza - Rodan. W Lyonie Saona płynie równolegle z Rodanem z dwóch stron miasta a za Lyonem łączy się z Rodanem w jedną wielką rzekę RODAN. 

Żegluga Rodanem jest bardzo szybka, płynie on z prędkością od 3 do 4 węzłów więc przebiegi dzienne mamy duże ok 60 km. Pogoda kiepska bo pada często, coś to południe mało południowe. Na Rodanie jest 12 dużych śluz i dzięki temu jest uregulowany i mniej dziki niż Ren. W porty mocno nie obfituje i niektóre są nie na naszą łódkę. Stajemy więc drugiego dnia przy pomoście przed Śluzą Chateaunef du Rhone i Sebastian jedzie rowerem do portu 2 km dalej sprawdzić czy jest szansa dla nas tam wpłynąć. Poza tym wiatr mocno wieje - czyżby to ten słynnny Mistral z nad Rodanu ? 

Nocujemy jednak przed śluzą bo w porcie nie ma miejsc. Przy okazji zwiedzamy stare, opuszczone, francuskie gospodarstwo podczas popołudniowego włóczenia się po okolicy. Igor z zaciekawieniem buszuje po starych ruinach. Rano ruszamy dalej ale wiatr naprawdę przemienia się w Mistral bo wieje bardzo mocno, co prawda w słuszną stronę, więc wiatr +prąd rzeki + silnik daje nam prędkość światła :-)

Wejście do śluzy przy tych warunkach zaczyna być hardcorowe, nie możemy się utrzymać przy ścianie tak nas zwiewa. A przechodziliśmy własnie śluzę Bollene - największą śluzę na Rodanie 23 m w dół !. Więc płyniemy jeszcze kawałek, cudem udaje nam się wejść, prześluzować i wyjść ze śluzy Caderousse niedaleko Avignion, za którą już stajemy. W końcu nasz biedny silnik to nie 150 koni Niemca, tylko 15 polskich koników ....

Prosimy przez VHF Pana Śluzowego o możliwość pozostania przy pomoście aż się wiatr uspokoi. Nie ma z tym problemu. Pomosty te są przeznaczone na postoje tylko dla łódek oczekujących na śluzowanie więc to miło że możemy dłużej postać.  

Postoje na śluzach wydają nam się dobrym rozwiązaniem na drogę pod prąd Rodanem kiedy nie ma możliwosci zrobić więcej niż 20 km dziennie i dotrzeć do portu, które są średnio co 40 - 50 km.

Czekamy na uspokojenie się Mistrala 2 dni ! Peter Mayle w swojej książce o Prowansji pisał, że ludzie szaleją od długo wiejącego Mistrala. Na szczęście 2 dni to chyba nie tak długo ... 17 września cumujemy przy betonowej ścianie w Avignion. Sympatyczni Anglicy pomagają się nam uwiązać do polerów. Darmowy port okazuje się byc płatnym no ale cóż zrobić. Zostajemy - słynne Avignon trzeba zobaczyć, koło mostu już przepływaliśmy. W końcu też pogoda robi się wlaściwa jak na Sud de France. Cieplutko, ponad 20 stopni. Pierwszą rundę po mieście robię sama z dziećmi bo Sebastian odpoczywa po niedyspozycji żołądkowej ( i to wcale nie po winie).

Miasto fantastyczne, polecam wszystkim, wąskie uliczki- często brukowane, chodnik tak mały, że wózek z Idą nie przejedzie momentami. Klimat niesamowity, pełno szkół, teatrów, uczelni. Mnóstwo młodzieży na ulicy więc jest gwarnie i kolorowo. Całe Avignion otoczone jest murem jak to miasto papieskie, w centrum Pałac Papieży, Plac Horologie gdzie znajduje się bajkowa karuzela dla dzieci z końca XX w.

Wieczór spędzamy na łajbie Anglików (Chimi i Bob) , która jest kopią "Spraya" Joshuy Slocuma.Oni sami pływają już od 8 lat po Śródziemnym z przerwami na pobyty w domu w Yorkshire.

Ostatni przystanek przed Portem St Louis, który jest portem wyjściowym na morze, spędzamy w kolejnym godnym polecenia miejscu jakim jest Arles. Francuzi nazywają je duszą Prowansji, miasto Van Gogha, który tutaj tworzył i tutaj obciął sobie ucho. Mieliśmy także okazję widzieć święto z okazji rozpoczęcia zbiorów ryżu w krainie Camarque. Ambasadorka miasta popdpłynęła łodką po Rodanie do pomostu i tam oficjalnie rozpoczęła Święto Zbiorów Ryżu. Camarque to pola ryżowe i laguny, na których jest aż różowo od flamingów. Mieliśmy okazję trochę ich widzieć.

20 września przechodzimy ostatnią śluzę, która oddziela słodką wodę od słonej i znajdujemy się w Port St. Louis. Śluza nietypowa bo szeroka prawie jak długa, tak że stajemy razem z dużą barką ale nie za nią tylko obok niej.

W Porcie St. Louis orientujemy się gdzie i za ile można postawić maszt. Niestety okazuje się, że oni takiego serwisu nie dają tylko trzeba się umówić w innym miejscu Navy Service Port a Sec (tzw suchy port) i kosztuje to .. bagatela 80 EU ! Plus wolny termin za 2 dni.   Na szczęście spotykamy parę Holendrów, którzy właśnie skończyli swój morski rejs a przed nimi trasa powrotna rzekami i kanałami aż do Holandii. Dokonaliśmy wymiany informacji my im o wodach śródlądowych a oni nam o morzu i portach. Powiedzieli nam o porcie po drugiej stronie zatoki de Fos gdzie można stać za darmo a postawienie masztu czy złożenie kosztuje 38 EU czyli nawet nie połowę. Uprzedzili nas też niestety o wysokich cenach w portach.

Następnego dnia przepłynęliśmy na silniku do Port a Sec w Martigues i w ciągu 24 godzin mieliśmy jacht już prawie gotowy do drogi morskiej. Pogoda trochę była wietrzna więc poczekaliśmy jeszcze 2 dni zwiedzając przy okazji Martigues - miniaturową Wenecję - miasteczko położone na trzech częściach lądu z kościołem na każdej części, połączone mostami i kładkami. Na skwerkach rosną palmy, kolorowe kwiaty, czuć już bardzo klimat śródziemnomorski. Woda morska tak przejrzysta, że widać na kilka metrów w dół jak kraby się przechadzają po skałach.

Po ponad 3 miesiącach podróży osiągneliśmy cel - Morze Sródziemne, oczywiście czas drogi nie jest tu żadnym rekordem ale i nam się nie bardzo spieszyło, w końcu to mają być długie wakacje.

  


VI. MORZE ŚRÓDZIEMNE-WYBRZEŻE FRANCJI I HISZPANII. 24.09 - 28.10.2008.

W pierwszy etap czyli z Martique do St. Maries de la Mer (30 mil morskich ) wypływamy o 6 rano jeszcze przed świtem. Narazie nie planujemy jeszcze całodobowych przelotów, bo chcemy powoli przyzywyczajać dzieci do morza. I tego dnia wstały o 8.00 ale nowa, bujająca rzeczywistość ukołysała ich już z powrotem koło południa. Oglądamy skaczące w bliskiej odległości ryby ale jeszcze nie rozpoznajemy jaki to gatunek, delektujemy się lazurowym morzem i przejrzystą wodą. Popołudniu docieramy do St. Maries de la Mer - pierwszego portu na drodze morskiej. Coś pięknego. Miasteczko słynie z majowej procesji z ołtarzem Marii do morza a na tę uroczystość ściągają Romowie z całego świata. Piknikujemy na plaży i zażywamy morskiej kąpieli jednocześnie ciesząc się że możemy to robić pod koniec września. Cena za port zmniejsza naszą radość ale tylko troszeczkę. To jeszcze wyższy sezon więc musimy przeczekać do października.

Następny przelot do Sete, też 30 mil robimy następnego dnia. Po drodze spotyka nas fantastyczna rozrywka a mianowicie zauważamy delfiny ! Skaczą wysoko w wodzie jakieś 100 m od nas. Po chwili są już przy jachcie, chyba 2 stada po 3 delfiny płyną jakieś 5 -6 metrów od nas. Niesamowite, Igor nie może się napatrzeć, Ida akurat śpi. Niestety zanim zdecydowaliśmy się pójść po aparat odpłynęły ale ciężko było odwrócić od nich wzrok. Sete we Francji to rybackie miasteczko z ogromnym portem zarówno jachtowym jak i rybackim. Pięknie położone na wzgórzu, z mnóstwem stoisk i knajpek z owocami morza. Ulegamy pokusie i kupujemy mule i ostrygi - da się zjeść :-). Kolejny dzień znowu wita nas przepięknym słońcem, więc postanawiamy wyruszyć dopiero popołudniu i tylko do Cap d'Adge (10 mil ). I na tym odcinku mamy po raz pierwszy okazję poznać kaprysy Morza Śródziemnego. Zapowiadana pogoda, wiatr 2-3 B z dobrego dla nas kierunku. Pierwsza godzina płynie się ładnie, potem zaczyna się rozwiewać i to tak w ciągu 10 minut wiatr wzrasta do 4 B, potem do 5 B. Refujemy trochę żagle żeby trochę zwolnić bo mieliśmy już 6 węzłów na GPS. Niebo ciemnieje coraz bardziej i piękna pogoda już dawno zniknęła. Gdy wchodzimy do portu w Cap d'Adge mamy już problemy z dobiciem do kei dla gości. Cumujemy jednak i szczęśliwi obserwujemy co się dalej wyprawia na niebie. 10 minut po nas wchodzi inny jacht, wieje już z 6B i on ma już spore trudności aby na silniku zmieścić się w kolejne główki między pirsami, rzuca nim bardzo niebezpiecznie. Mariny tutaj są okropnie ciasne. Sprawdziła się właśnie pierwszy raz przepowiednia wszystkich, że Morze Sródziemne jest kapryśne i humory zmienia szybko. W kolejnych dniach mieliśmy okazję jeszcze kilka razy się o tym przekonać.

29 września docieramy do ostatniej miejscówki we Francji i stajemy na kotwicy w przepięknej zatoczce w miejscowości Collioure - miejsca znanego artystom malarzom (natchnienia szukali tam m.in Matisse, Picasso). Po porannej kawce (bo zakotwiczyliśmy tam rano) dmuchamy ponton i ruszamy na brzeg. Plażę mamy z 3 stron, okazały zamek na jednym z brzegów, na przeciwnym wzgórzu zabytkowy wiatrak z XIII w. Leniuchujemy pół dnia na plaży, potem zwiedzamy miasteczko i wspinamy się do wiatraka. Przy okazji mamy okazję oglądać całodniowe ćwiczenia francuskiej jednostki Marines (wypłynięcie w pontonie, wywrotka, odwrócenie pontonu i wejście do niego i od początku). Z żalem opuszczamy Francję, w której już się "domowo" poczuliśmy przez ostatnie 2 miesiące i wpływamy na wody hiszpańskie.

Przed nami kolejno wybrzeża : Costa Brava, Costa Dorada, Costa del Azhar, Costa de Valencia i Costa Blanca, które jest tymczasowym celem naszej podróży. Costa Brava wita nas skalistymi wybrzeżami i wyśmienitą pogodą. Stajemy kolejno w Llance, L'Escali, gdzie pierwszy śródziemnomorski sztorm "muruje" nas na 3 dni. Obie te miejscowości to niewielkie hiszpańskie miasteczka, skoncentrowane w dużym zakresie na turystyce. Zwiedzamy pierwsze hiszpańskie "mercados" czyli supermarkety i z zadowoleniem stwierdzamy że ceny są trochę niższe jak we Francji, więc chyba da się przeżyć. Odkrywamy również zdecydowany plus hiszpańskich portów - internet wi-fi w cenie opłaty portowej. Dzieci nie mogą się nabawić na piaszczystych plażach, my delektujemy się klimatem "manana", czyli w wolnym tłumaczeniu "później" . Ceny w portach umiarkowane 13 -15 EUR za dobę. I pierwszy raz w Hiszpanii kupujemy wino ale nie w markecie jak we Francji ale w prawdziwej, lokalnej Bodedze - wino lane z beczki, cena również przychylna od 1 EUR za litr.

05 października wypływamy z L'Escali i chcemy płynąć do Sant Feliu de Guixols ale znowu gwałtowna zmiana pogody udaremnia nam ten zamiar i wchodzimy (nie wiedząc co czynimy :-) do Palamos. Wejście jest dość trudne bo z wiatrem i falą a wieje znowu z 6B i fala duża ale dajemy radę. Szcześliwi, że bezpiecznie w porcie, spędzamy wieczór na małej plażyczce, potem dzieci bawią się na portowym placu zabaw. I nasze szczęscie trwa aż do rana, kiedy to idę do Kapitanatu zapłacić za noc. Wychodzę w szoku - 35 EUR !!! No cóż nie mają biedaki zniżek za dzień, dopiero od miesiąca postoju się zaczynają. Jasne, że nie spodziewaliśmy się niskiej ceny bo nawet Almanach mówił, że Palamos - jedno z głównych miast wybrzeża, ma ceny na poziomie 5 gwiazdek ale 35 EU w październiku ??! Lekka przesada. Zniesmaczeni odbijamy szybko od kei.

Następny port Blanes, płyniemy pod wiatr, popołudniu fale robią się już około 1,5 metra wysokie, więc BIMSI tłucze dziobem jak oszalała. Igor z Idką leżą w forpiku bo to najbezpieczniejsze miejsce żeby się nie poobijać zbytnio. Wysadzenie Idy na nocnik zaczyna być już hardcorowym przedsięwzięciem jak muszę się zaprzeć nogami i rękami żeby trafić z nią w uciekający nocnik. Igor w końcu usypia zmęczony a Ida leży koło niego i głaszcze po nodze śpiewając " nóźka mała, noźka mała". Dopływamy do portu na 18.00 i portowy Marinero ustawia nas koło stacji benzynowej więc warunki takie sobie, ale prąd jest. Gorzej z internetem, więc wychodzimy na plażę w poszukiwaniu sieci w celu sprawdzenia pogody na jutro. Spotykamy pierwszych na morskiej trasie Polaków, którzy na plaży łowią ryby. Tacy raczej oni niemieccy Polacy bo od 20 lat mieszkają nad Renem w Niemczech (jaki zbieg okoliczności, przepływaliśmy koło ich domu w lipcu). Spędzamy wieczór na miłej rozmowie na plaży. W porcie dostajemy "zniżkę" 4 EUR za postój przy stacji benzynowej, czyli płacimy tylko :-( 19 EUR .

Zrażeni trochę wysokością opłat w kurortach Costa Brava boimy się wpłynąć do Barcelony i stajemy 15 mil przed w porcie El Balis. To już wybrzeże Costa Dorada. Płynąc do El Balis odnosimy pierwszy morski (na tych wodach) sukces wędkarski ! Płyniemy szybko, i nagle coś jest na wędce, którą codziennie trawlujemy za rufą. Mając już doświadczenie, że przy prędkości 4 węzłów nie wciągniemy rybki na pokład, odpuszczamy genuę i zwalniamy do 1 węzła. Chwila emocji i mamy 1,5 kg tuńczyka bonito na pokładzie !!! Oj jak smakował wszystkim ...

El Balis okazuje się najbardziej przyjaznym portem w regionie, nie tylko ze względu na opłatę ( 7 EUR za dobę ) ale też obsługa Marineros i panny w biurze są bardzo miłe. Dobrze się składa, że zapowiadają znowu sztormy bo mamy czas na wyprawę do Barcelony. Pociąg jeździ co 30 min, bilet 5 EUR w obie strony a dzieci nie płacą . I 09 października siedzimy w pociągu do Barcelony. Trochę nas zatkało jak wysiedliśmy w ten tłum na dworcu, człowiek jednak szybko odwyka od dużej metropolii (i wcale tego nam nie brakuje). Kilkugodzinne łażenie wytrzymują nawet dzieciaki, bo Barcelona jest bardzo barwna. Na wycieczce dzwoni też moja siostra Ewa i informuje o zakupionym bilecie do Alicante na 13 listopada ! Igor szaleje z radości - ukochana ciocia przyjedzie !! Tęsknimy na obczyźnie...

Następnego dnia już znowu jesteśmy na morzu, tym razem płyniemy z wiatrem i z FALĄ , bo po sztormie się jeszcze morze nie uspokoiło i buja się tak do 1,5 metra spokojnie. Za Barceloną trochę się wycisza fala i nawet zarzucamy wędkę. I po 1,5 godzinie mamy kolejną zdobycz - tym razem Lambugę - Dolphin Fish też tak ponad kilo spokojnie. Zrobiliśmy 35 mil w 7 godzin więc wynik całkiem niezły. Kolejne 2 dni mijają na szybkiej żegludze bo warunki bardzo dobre i jesteśmy w Tarragonie. Trochę podniosło nam adrenalinę wejście do portu bo dość wąskie i bardzo blisko brzegu ale na wstrzymanych oddechach daliśmy radę. Zwiedzamy to mauretańskie miasto popołudniu, podziwiamy pomnik ludzki na Rambli. Temperatura super - 22 stopnie o godz. 22.00. Oby tak dalej. Prognozy na następny dzień są przychylne 3-4 B, więc wypływamy za główki portu a tam na szczęście gładko i żeby dopłynąć do L'Amtelli wspomagamy się silnikiem a na żaglach pomaga nam automatyczny pilot. Hiszpanie zdecydowanie są najbardziej rodzinni z odwiedzanych przez nas nacji bo place zabaw wieczorami pełne rodziców i ich dzieci. Igor baluje z dzieciakami, aż miło ganiają się a Idka im dzielnie wtóruje z huśtawki. Kolejny dzień robimy wolny i znów bumelujemy na plaży ( mam nadzieję, że was to bardzo nie denerwuje :-)).

Kolejne wybrzeże Hiszpanii to Costa del Azhar , równie skaliste ale już skały są bardziej odsunięte w ląd, dużo apartamentowców, plaże bardziej kamieniste ale nadal fajne. Chcemy dotrzeć do Vinaroz (po hiszpańsku Binaroz) ale okazuje się to niełatwe, ponieważ po rozjaśnieniu się (wypłynęliśmy o 5.00 rano) przychodzi taka mgła, że nie widać nic na więcej niż na 10 metrów. Mimo braku wiatru wyłączamy silnik aby mieć szanse słyszeć kręcące się po omacku kutry, jeden mija nas bardzo, bardzo blisko. Po 3 godzinach mgła po trochu się rozprasza ale jest to przeżycie. Ten odcinek od L'Amtelli do Vinaroz jest dość długi bo aż 40 mil. Musimy opłynąć cały Przylądek Cabo de Tortosa, który jest miejscem chronionym z ujściem do morza rzeki Ebro. W Vinaroz poznajemy Patricia - lekko szalonego Francuza z 2 psami na 14 metrowym "Falco".
Zasypuje nas ofertami muzyki na płytach, pilotów żeglarskich, lekcji hiszpańskiego i wielu innych pożytecznych rzeczy. Niesamowita otwartość, spędzamy razem wieczór przy czerwonym winku, wymieniając się informacjami, chociaż bardziej jest to monolog ze strony Patricia , przerywane moimi wtrąceniami :-). Wieczorem Ida ściąga na siebie czajnik elektryczny z resztką gorącej wody i mamy akcję ratunkową na łódce. Na szczęście nie jest poważnie oparzona, tylko trochę zaczerwieniona nóżka. A oczywiście jak zwykle była to sekunda nieuwagi.

W Hiszpanii tylko raz stajemy na kotwicy przed portem w Oropesie del Mar bo jakos niedowierzamy tej pogodzie, chyba musimy sie bardziej przyzwyczaić, koło południa jednak zrywa sie znowu mocny wiatr, że szybko dopływamy do Burrianovy, gdzie uprzejmy Marinero uparcie każe nam stanąc przy pierwszym pomoscie gdzie jest najwężej mimo prawie pustego portu. Stajemy w końcu przy innym pomoście gdzie jak okazuje się są miejsca przeznaczone dla jachtów 10 m i tak próbuje nas potem skasować Pan w Kapitanacie. Przypominam, że port był prawie pusty :-). Suma sumarum płacimy za 8 metrów. Uff te małe rozumki... albo dobrzy biznesmeni :-).

No i w końcu 19 października dopływamy szczęsliwie do Valencji (czyli Balencji). Stajemy w porcie America's Cup, gdzie również pusto ale ceny przystepne 11 EUR za dobe. Śmiesznie jest zbudowany bo aby z kei dojsc do Kapitanii musi podpłynąc po ciebie ponton i zawieść do Kapitanii. brak przejścia lądowego. Port fajny, droga do miasta prowadzi torem wyścigowym Formuły 1 ale jest to prawie 2 km, więc daleko. Mijamy wszystkie hangary uczestników zeszłorocznych America's Cup. Sama Valencja nas zachwyca, zwłaszcza rewelacyjne rozwiązanie zrobienia w starym korycie rzeki Turia, (które ciągnie sie prawie przez całe miasto) parków, placy zabaw, knajpek. Parki bogato obsadzone drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi, słodko pachnącymi daturami i palmami daktylowymi. I to wszystko w centrum miasta, polecam takie rozwiązanie wszystkim architektom miejskim. Tu kosztujemy pierwszych mandarynek, sprzedawanych na stoiskach 3 kg za 1 EUR ! Poza tym podziwiamy wspaniała Katedrę, XV -wieczną, ośmioboczną wieżę Miguelete i Bazylikę Matki Boskiej Opuszczonych

Przed nami nasze docelowe wybrzeże Costa Blanca z malowniczymi portami w Gandii, Denii, Javei, Morairze, Calpe i Altei. Przepiękne góry, wapienne skały z jaskiniami, porty usytuowane gdzieniegdzie prawie w samych skałach (Javea), na wzgórzach posiadłości milionerów z całego świata, m.in posiadłośc ma w Javei Micheal Douglas z Cateriną Zetą Jones. Niestety nie było ich w domu więc, nie mogliśmy się przedstawić.

Stajemy w portach o różnym standardzie, od Gandii, gdzie kluczyk do łazienki pobiera się każdorazowo jak się chce z niej skorzystać aż do Denii gdzie wejście na keję i do łazienki jest na odcisk palca, pobrany wcześniej od Sebastiana w Kapitanii. W Javei zamurował nas znowu 2 dniowy sztorm, potem w przerwie przepłynęliśmy do Morairy, gdzie Kapitan w porcie radził nam nastepnego dnia płynąc dalej bo znowu się zbliża kolejny 3 dniowy sztorm. No i tak zrobiliśmy. Chociaż w drodze do Altei (a było to tylko 10 mil) mieliśmy wątpliwości, bo burza zbliżała się nieubłagalnie. Na szczęście jakoś zdążyliśmy.

Alteę wybraliśmy na nasz port zimowy ze względu na panujący tu mikroklimat. Zatoka jest świetnie osłonięta z 3 stron górami, ponad 300 słone cznych dni w roku, niewiele deszczu. Mamy nadzieję, że tak będzie. Minimum postoimy tu 3 miesiące, maksymalnie 4 i mam nadzieję, że w marcu bedzie można już ruszyć dalej. Jak narazie do 24 listopada temperatura w dzień nie spadała poniżej 22 stopni C. W nocy ok 12 stopni.

 

VII. ZIMOWANIE. HISZPANIA-COSTA BLANCA.
29.10.2008 - 01.04.2009

 

No i przybiliśmy "do brzegu" po 130 dniach podróży drogami wodnymi różnego typu (morza, kanały, rzeki). Alteę wybraliśmy trochę przypadkowo, jak wspominałam już kiedyś poznaliśmy mieszkańca Altei - Hansa, który nas trochę skusił opowieściami o ciepłej Hiszpanii, o nietypowym położeniu tego miasteczka - mikroklimat, przepiękna zatoka otoczona z 3 stron górami, itd.

I nie żałujemy, głównie ze względu na pogodę, gdzie zima po Nowym Roku zaatakowała nawet Barcelonę a u nas cały czas było miło, temperatury najzimniejsze w dzień to ok. 12 stopni a w nocy pewnie z 4-5 C (nie mamy termometra na zewnątrz ale spaliśmy prawie całą zimę przy otwartej do połowy zejściówce).

Co do urokliwości miasta to też prawda, już płynąc tu przed dziobem ukazała nam się biała plama na wzgórzach, która powiększała się z każdą milą. Co prawda pogoda była średnia ale udało się dojrzeć po chwili, że białe są wszystkie budynki, z górującym nad miastem kościołem o niebieskim dachu w kształcie kopuły.

Długa promenada, obsadzona palmami, biegnie wzdłuż większej części Altei, przy kamienistej plaży, co jak się w praktyce okazało nie jest takie złe - brak piasku we wszystkich rzeczach. Przy promenadzie jest kilka placów zabaw, więc dzieci codziennie mają atrakcyjną rozrywkę. Samo miasteczko nie jest duże, wielkości może Kwidzyna, głównie nastawione na turystykę, więc mnóstwo knajpek, restauracji, barów(teraz poza sezonem niekoniecznie zapełnionych). Zwiedzać go można pieszo i taki sposób jest najwłaściwszy, ponieważ wymaga trochę wspinaczki. Długie, wąskie uliczki, wejścia do domów prosto z nich, stylowe latarnie przyczepiane wysoko do murów.

Na samej górze znajduje się duży plac, na którym poza okazałym kościołem mają swoje miejsce liczne knajpki. Jest to więc widok, który wielu Polaków mógłby zgorszyć: weseli turyści ale też i wielu mieszkańców siedzących na placu w ogródkach barowych, popijających wino lub piwo i 5 m dalej dostojny kościół z dzwonami wołającymi na mszę :-).

Szczerze mówiąc w tych mszach uczestniczy niewielu ludzi, więcej jest robiących zdjęcia i kręcących kamerą turystów niż aktywnych wiernych. Chyba w ten sposób Hiszpania odreagowuje swoją smutną historię.... , która tak naprawdę dopiero 30 lat temu się zmieniła na lepsze.

Naszego znajomego Hansa nie było w Altei, kiedy przypłynęliśmy ale wysłał swojego przyjaciela aby nas w jego imieniu przywitał. Oskar był naszą pierwszą przyjazną duszą tutaj, od razu zaproponował nam wszelką pomoc: słowną i praktyczną. Oscar jest na emeryturze, Niemiec z pochodzenia mieszkający od 12 lat w Altei, żeglarz, prawie codziennie wypływający na swoim jachcie Hepahero w morze i grzecznie wracający codziennie przed 14.00 na obiad do domu :-).

Poznaliśmy również sympatycznego Mortona, mechanika jachtowego a właściwie człowieka od wszystkiego - wolnego strzelca z Dżibuti. Wpadał   do nas czasem na winko, pogadać, poopowiadać o swoich przygodach i podróżach. Zdradził nam też sekret jak zdobyć świeże rybki od rybaków z portu. Korzystaliśmy z tego sposobu bardzo skwapliwie. Przed świętami Bożego Narodzenia obdarował nas całym wiaderkiem pełnym hiszpańskich przysmaków.

Stanęliśmy na zimę w Clubie Nautico Altea. Za planowany postój powyżej 3 miesięcy dostaliśmy zniżkę 10%, czyli łącznie koszt dzienny wynosił nas ok. 11 eur/dzień. Port bardzo fajnie wyposażony, w dobrej kondycji prysznice i toalety, świetne wi-fi, jedyne zastrzeżenia (ale to może subiektywne wrażenie) mamy do obsługi biurowej,(czyli tzw. przez Igora Kapitanerii), która do końca naszego 5-miesięcznego w końcu pobytu tam pozostała obojętna i bardzo oficjalna. Inne wyobrażenie mieliśmy o zachodnich portach morskich ....

Po kilku dniach pojawił się też Hans i powitał nas osobiście w swoim miasteczku. Nie mieliśmy co prawda okazji za często się potem spotykać, bo jeździ on truckiem po całej Europie i rzadko bywa w domu. Obdarował nas jednak kluczem do swojego mieszkania i zaproponował, że możemy korzystać z jego pralki. Dla osób żyjących na jachcie jest to niesamowite odciążenie od ręcznego prania, uff. Muchas gracias Hans !

W Altei nie brakuje oczywiście też rodaków, bardzo sympatycznych, pomocnych w każdej sprawie. Poza codziennymi, fajnymi, towarzyskimi spotkaniami mieliśmy okazję wielokrotnie doświadczyć bezinteresownej pomocy ze strony Ani i Cezarego - Polaków mieszkających od kilku lat na południu Hiszpanii z 2,5 rocznym Carlosem. Zaprzyjaźniliśmy się z nimi i mamy nadzieję na utrzymanie kontaktu i spotkanie kiedyś jeszcze. Ania pomogła mi też bardzo w momencie jak nieszczęśliwie złamałam nogę i konieczne było jeżdżenie na wizyty kontrolne do sąsiedniego Benidormu, co pociągiem, autobusem lub rowerem byłoby w tej sytuacji bardzo trudne.

Inna prawie polska rodzina to: Agnieszka, Euhenio (Hiszpan)i 8 letnia Ines i 10 letni Adrian. Ines jak nas odwiedzała na "Bimsi" to tylko obserwowałam czy coś jeszcze zostanie z naszego jachtu :-). 

Życie w Altei było można powiedzieć bajkowe, jedyną chmurą na horyzoncie był początkowy brak dorywczej pracy, wszyscy standardowo narzekają na kryzys i ściubią. Ale powoli jak zaczęliśmy się wgryzać w lokalny klimat zaczęły się pojawiać małe okazje do zarobienia paru euro, trochę też udało się pokooperować i zarobić ze znajomymi z Polski (stronki, sklepy internetowe).

Po Nowym Roku poznaliśmy na placu zabaw (to bardzo ważne miejsce spotkań w Altei) Alego, który szczęśliwie (dla nas, nie dla niego) remontował dom, i udało się na tej okazji skorzystać aby umocnić nasze oszczędności.  


Miesiące jesienno-zimowe upływały nam miło w oczekiwaniu na wspaniałych gości z Polski. W listopadzie przyleciała do Alicante moja siostra Ewa. Pogoda była ok, nawet pożeglowaliśmy trochę. My skorzystaliśmy z jednego wolnego dnia, oddając dzieci pod opiekę Ewce a sami wyruszyliśmy trochę pochodzić po górach. Tydzień minął błyskawicznie, mamy więc nadzieję na następne wiosenne spotkanie.

Kolejni goście zjawili się u nas 24 grudnia ! Nie musieliśmy więc spędzać świąt sami, daleko na obczyźnie. Tym razem był to Sebastiana brat Włodek z Mają i córkami.

Jeszcze parę słów o przygotowaniach wigilijnych. Hiszpanie nie obchodzą Wigilii, dla nich Świętem jest 25 grudnia Boże Narodzenie i nawet wtedy nie obdarowują się prezentami, zostawiają to na Trzech Króli 6 stycznia. Ale wiadomo w kraju tak pełnym obcokrajowców, wszystko działa podobnie bo trzeba się przystosować. Świąteczne Mikołaje już od początku grudnia właziły po drabinach na balkony, światełka błyskały na wystawach sklepowych, każda ulica była udekorowana innym wzorem dekoracji. Wszystko to miało niesamowity wymiar przy zielonych palmach i kwitnących na klombach kwiatach.  

Włodek z rodziną przylecieli do Girony (pod Barceloną ) i tam wynajęli samochód, którym pokonali 600 km w niecałe 6 godzin i kolację wigilijną wsuwaliśmy już razem. Też była nietypowa : zupa fasolowa, pierogi z kurczakiem i kaszą gryczaną, bigos na własnej kiszonej kapuście, sałatka warzywna, ciasto murzynek, ciasto z mandarynkami, hiszpańskie wino i polski opłatek. Ale chyba nikomu nie przeszkadzało, że nie było śledzi ... :-).

Boże Narodzenie spędziliśmy na grillu na dzikiej plaży, Sebastian z Włodkiem próbowali nawet kąpieli, którą ostatecznie zażył tylko Włodek bo Sebastian coś wymiękł. Czyżby zaczął odczuwać już temperatury jak Hiszpan ? Bo musze jeszcze wspomnieć, że tylko my , no i inni turyści chodzą w grudniu w sandałach i krótkich spodenkach, Hiszpanie mają już od dawna powyciągane kozaki, płaszcze, futra, nawet biedne pieski chodzą w swoich wdziankach. A u nas się zastanawiają właściciele czworonogów czy ubierać psa jak jest -20 C :-).

W drodze powrotnej zdarzyła się mała przygoda, złamałam nogę !. Tzn. jak się na drugi dzień okazało w szpitalu w sąsiedniej miejscowości po 4 rtg, złamana została V kość śródstopia. I czeka mnie 4 tygodnie w gipsie. No, cóż.... pozostawię to bez komentarza.

Kolejne dni z gośćmi upłynęły na przedpołudniowych wycieczkach - Latarnia Morska, Zamek w Guadalest a potem Park Terra Naturra w Benidormie. Popołudnia i wieczory spędzaliśmy na łajbie, obżerając się paellą w wykonaniu Sebastiana i degustując lokalne trunki.

Z wielkim żalem się żegnaliśmy obiecując sobie szybkie kolejne spotkanie.

Po świętach zaczęliśmy piec własny chleb. Trzy czy cztery pierwsze próby były powiedzmy lekko nieudane ale Sebastian się nie poddawał i w końcu wyszedł piękny chlebek na drożdżach. Smakował równie dobrze jak wyglądał. W końcu kawałek zapachu kraju....

Pogoda nadal fajna, temp w dzień raczej koło 17 stopni, czasem więcej czasem mniej zależy od wiatru, czy jest czy go nie ma. Koniec stycznia przyniósł jednak burzę dziesięciolecia (jak pisały media), a właściwie w niektórych regionach był to orkan. Wiało również we Francji, tam zniszczeń było najwięcej ale i Hiszpania trochę oberwała, zwłaszcza Baleary, gdzie na Ibizie w San Antonio ponad 30 jachtów wylądowało na plaży. Na naszym wybrzeżu też było wietrznie, przywiązaliśmy się dodatkowymi cumami do pomostu, a mimo to rzucało nami porządnie. Huk i świst był niesamowity. Na szczęście w porcie nikt nie ucierpiał. Na lądzie jednak działy się sceny iście dantejskie ponieważ w wyniku silnego wiatru przewrócił się słup trakcji elektrycznej i zapalił się las. Wiatr z tym ogniem robił wszystko, palił się bardzo duży obszar lasów, ewakuowali kilka miasteczek w pobliżu Altei, łącznie jakieś 14 000 ludzi. Wiatry zachodnie trwały 3 dni.

Kilka dni po huraganie (bo i tak był nazywany ten wiatr, wiejący z prędkością 200 km na godzinę ) przylecieli do nas przyjaciele -  Zakiery cała rodziną. Radość ze spotkania popsuła trochę choroba, która ich jeszcze trzymała z Polski. Starczyło jednak sił na grilla, zawieszenie gałęzi z cytrynami na rufie jachtu i kilka wieczorów wspomnień żeglarskich. ... Fajnie

Wspomogli nas też tak jak wszyscy odwiedzający prezentami z Polski.

Dzięki pracy Sebastiana u Alego poznajemy kolejną bardzo sympatyczną rodzinę Heńka i Justynę z Benidormu z bliźniaczkami (Vanessą i Viktorią). Zdążyliśmy urządzić sobie z nimi kilka miłych spotkań w dobrym klimacie wspominając Polskę ale nie tylko.

Polskie klimaty pojawiły się też jak dostaliśmy wielgachną paczkę od rodziców wypełnioną m.in. kiełbaską w różnym wydaniu. Dużo było radości z tego powodu.

Marzec nadszedł szybko i czuliśmy że powinniśmy się już szykować do odpłynięcia zanim całkiem wrośniemy w altejskie środowisko. W sumie mieliśmy już nawet datę, kiedy powinniśmy być na Ibizie ponieważ Włodek z Mają i Martusia mieli tam być już 4 kwietnia !

Zaczęliśmy robić powoli zapasy korzystając z okazyjnych promocji, Sebastian rozpoczął prace konserwacyjno-remontowe przed wypłynięciem.

Najpoważniejszą pracą okazała się nowa kotwica. Nasz znajomy Haiko z Varadero z portu w Altei przekonał nas, że mimo wszystko jedna kotwica to zdecydowanie za mało. Nie stać nas jednak było na kupno nowej kotwicy wiec postanowili razem : Sebastian z Haiko zrobić sami taką kotwicę. Haiko udostępnił swój warsztat za domem, obdarował nas grubym kawałkiem stali i zaczęło się szlifowanie. Kotwica wyszła mega jak na jakiś tankowiec – waga pawie 30 kg ! Mam nadzieje, że nie ja będę musiała ją wyciągać z wody.

Nastawiamy się, (jak warunki pozwolą) głównie na stawanie w miłych miejscach na kotwicy bo boimy się, że porty mogą przekraczać nasze możliwości finansowe.

Pod koniec marca wyruszyłyśmy z Anią po ostatnie mega zakupy zaopatrzeniowe bo podobno na Balearach wszystko dużo droższe. Dwa wielkie wózki towaru, Ania pomagała mi przeładować to wszystko do samochodu a potem do wózka portowego.

Uregulowaliśmy ostatni rachunek w Club Nautica Altea dowiadując się przy okazji, że jako stali klienci za ostatnie 2 tygodnie nie dostaniemy zniżki, którą mieliśmy wcześniej. Powód ? Nie zapłaciliśmy z góry jak zazwyczaj! Nie bardzo wiedzieliśmy kiedy wypłyniemy więc stwierdziliśmy, że zaplata za te kilka dni na koniec będzie dobrym wyjściem. Nie było jednak. Cóż to jest właśnie jedna z charakterystycznych cech   niektórych, nowoczesnych marin hiszpańskich. Zero sentymentów i ludzkich odruchów.

Żegnaj więc sympatyczny Clubie Nautico w Altei! Ale Altei jako miasteczka z jej przesympatyczny mieszkańcami żal nam opuszczać.

Z portem rybackim żegnałam się dwukrotnie, przynosząc na Bimsi masę pożegnalnych rybek i kalmarów. Dzięki ci Mortonie za podpowiedź jak zawrzeć znajomość z rybakami, bo od tamtej pory ryby i owoce morza stały się jednym z podstawowych dań w naszym jadłospisie.  
 

VIII. PIĘKNE BALEARY. IBIZA, MAJORKA I MENORCA
01.04 -23.06.2009

NO I RUSZAMY DALEJ !!!

Wypływamy 1 kwietnia, na pierwszy odcinek mamy dodatkową załogę: Henia z Bendormu ze swoim szwagrem Darkiem Płyną z nami do Morairy. Na początku jest spokojnie ale potem wiatr się wzmaga i zaczyna trochę bujać, zwłaszcza odczuwają to nasi świeżo upieczeni załoganci. Dopływamy do zatoczki w Morairze ok. 22,00, więc już po ciemku. Cieszymy się, że bezpiecznie stoimy. Morze rozhuśtane nawet w zatoczce, wiec rano nasi goście nie wyglądają na wyspanych. Podpływamy do portu aby wysadzić ich na brzeg, żegnamy się mając nadzieję na spotkanie jeszcze kiedyś, gdzieś...

Ok. 1200 odbijamy i bierzemy już kurs na Ibizę ! Nasza Bimsi nie jest zbyt szybka więc przed nami ok. 20 godzin płynięcia, mamy do pokonania 60 mil. Pogodę mamy dobrą i takie też są zapowiedzi na następne 24 godziny, wiatr 4-5 w skali B.   Po południu wiatr trochę słabnie ale wieczorem znowu możemy płynąć ok. 4-5 węzłów. Ok. 2300 na mojej wachcie wiatr trochę się wzmaga więc refujemy na wszelki wypadek grota i płyniemy dalej. Noc jest ciemna i płyniemy tak w nicość J. Statków jest niewiele, czasem cos zaświeci ale na szczęście daleko od nas. Sebastian wachtuje od 0100, jeszcze przed świtem pojawiają się przed dziobem światła latarni morskich na Connejerze i Formenterze. Ja wstaję o 0600 rano jak już się zaczyna rozjaśniać. Wyłania nam się przed dziobem piękna Ibiza ! Siedzimy tak przy porannej kawie i delektujemy się tym widokiem. Naszym celem jest zatoka Sa Canal bardzo blisko lotniska w Eivissie – stolicy wyspy. Zatoka Sa Canal znajduje się przy słynnej na Ibizie plaży Ses Salines. Ok. 1000 rano mamy już rzuconą kotwicę i swobodnie się na niej bujamy. Stoimy na 7 metrach i widać dno ! Cieszymy się fajnym dniem na łódce, na brzeg ruszamy dopiero ok. 1400 po napompowaniu naszego pontonu, który od tej pory będzie nam często służył. Zobaczymy też jak będzie się sprawował nasz elektryczny silnik do pontonu Minn Kota.    

Plaża fantastyczna, długa, głównie piaszczysta ale miejscami też jest dużo chropowatych skałek. Przejście do cywilizacji prowadzi wzdłuż „ses salines” czyli sztucznie utworzonych solankowych sadzawek. Napływa tam woda z morza i są one naturalne osuszane przez odparowanie wody, pozostała w ten sposób sól jest pozyskiwana do ogólnego pożytku.

Dzień 4 kwietnia spędzamy na przygotowaniach i oczekiwaniu na przyjazd Włodka z Majką i Martusią. Lądują na lotnisku zgodnie z planem o 2040, biorą taksówkę i ok. 2130 byli już na plaży.

Kolejny dzień spędzamy jeszcze w tej samej zatoce i dopiero 6 kwietnia wypływamy na podbój wyspy. Płyniemy do zatoki Cala Llonga. Stajemy dość daleko od plaży ale za to blisko jednego ze skalistych brzegów. Zatoka Cala Llonga jest bardzo długa i dobrze osłonięta, postanawiamy więc przeczekać tu kiepską pogodę zapowiadana na 2 następne dni. Kolejny przystanek robimy w trzecim co do wielkości miasteczku na wyspie – Santa Eularii. Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych obserwujemy przygotowania do Drogi Krzyżowej, która ma się tu wieczorem odbyć. W Hiszpanii Święta Wielkanocne są mocno celebrowane, dużo jest ceremonii, które odbywają się na ulicach nie tylko w kościołach. Stoimy przed plażą niedaleko wejścia do portu.
Powoli zbliżamy się do północnej strony wyspy, w zatoce St. Vincent organizujemy na plaży grilla, widoki są malownicze, skały mają po kilkadziesiąt metrów wysokości, niektóre bardzo pionowe do góry. Oglądamy przez ogrodzenia rezydencje wyspiarzy albo raczej turystów, którzy wpadają tu na 2 miesiące w roku.
Święta Wielkanocne spędzamy w małej miejscowości Portinatx, która jest standardowym miejscem wypadowym na Majorkę. Cumują tu wszystkie jachty, które zamierzają płynąć w tym kierunku. Sezon turystyczny jeszcze się nie zaczął więc jest cicho i spokojnie. Pogoda trochę wietrzna, mieliśmy nadzieję że kwiecień będzie już bardzej spokojny ale jeszcze kaprysi z pogodą.

Na dłużej zatrzymaliśmy się w San Antoni de Portmany w zatoce na bojce, którą pożyczyli nam sympatyczni poznani tutaj Anglicy. Stąd zwiedzamy Eivisse z jej starym miastem Dalt Villa – niesamowita atrakcja, zwłaszcza dzieci się zachwycały podziemnymi przejściami. Po dwóch tygodniach pełnych wrażeń żegnamy się z wielkim żalem z Włodkiem i Mają. Może jeszcze nas odwiedzą ....

W San Antoni poznajemy mnóstwo miłych ludzi żyjących nie tylko na jachtach ale też na lądzie i udaje się przy okazji zorganizować dorywczą pracę więc chwilowo zostajemy tu na trochę. Tym bardziej, że mamy takie dobre gratisowe miejsce. Zatoka San Antoni jest pierwszym takim specyficznym miejscem jakie spotykamy, że ludzie tu żyją na swoich jachtach i mieszkają na nich od kilkunastu lat. Nie są to jednak Hiszpanie, głównie Anglicy, Francuzi, Niemcy. Niestety nie wiadomo jak długo to jeszcze będzie miało szansę istnieć, ponieważ krążą pogłoski iż, chcą zlikwidować to kotwicowisko, nikt nie chce brać odpowiedzialności za jachty lądujące w każdą zimę przy silnych zachodnich wiatrach na plaży.

Od połowy maja sezon zaczął się rozkręcać na poważnie, coraz głośniejsze dyskoteki, muzyka z brzegu doskonale dociera do nas na jacht, mimo że stoimy jakieś 300 m od brzegu. Dużo turystów, plaże zapełniają się prawie nagimi ciałami, woda zrobiła się już ciepła 21 stopni, temp powietrza sięgają w dzień do 29 stopni. Na szczęście znikły też parzące meduzy, za to krabów jest dużo.

Powoli zbieramy się do odejścia z tego fajnego miejsca, czas płynąc dalej !

Oczywiście nie udało się tak szybko wyrwać z Ibizy jak planowaliśmy. Co prawda 22 maja byliśmy już wyszykowani do drogi i nawet wypłynęliśmy, ale 2 mile za zatoką San Antonio silnik zrobił taką zadymę, że lekko nas przeraził. Może nigdy nie był taki całkiem nie dymiący ale to już przekraczało pewne granice przyzwoitości. Zawróciliśmy więc aby w znanym nam miejscu (i darmowym !) sprawdzić o co chodzi. Po wnikliwych konsultacjach z innymi żeglarzami i osobistym przeglądzie silnika okazało się, że wtryskiwacze są w bardzo kiepskim stanie i mały remont byłby wskazany. Ja tam jednak upatruję inną przyczynę awarii, 22 maja to był piątek ! A co mówi stary przesąd żeglarski ? Nigdy nie rozpoczynać podróży w piątek ! No ale kto będąc na wakacjach (a co dopiero na tak długich) patrzy w kalendarz jaki jest dzień ? A jednak trzeba J.
Regeneracja wtryskiwaczy potrwała dość szybko (jak na Hiszpanię) i już po zamontowaniu ich na nowo, 31 maja ( niedziela !) wypływamy rano z San Antonio. Kurs Espalmador (malutka wysepka Balearów przy większej i bardziej znanej Formenterze).

Do pokonania jedynie 20 mil, po drodze podziwiamy jeszcze jedną, znaną wyspę Es Vedrę (słynącą w okolicy z wizyt kosmitów). Przy wpływaniu do zatoczki przy Espalmador przeżywamy lekki niepokój, ponieważ „wjazd” tam jest dość płytki a sonda akurat teraz przestała odbijać i pokazywać głębokość, więc idziemy na czuja. Nie lubię tego. W zatoczce kilka bojek ale nie znając ich pochodzenia rzucamy kotwicę. Podpływamy na plażę pozachwycać się tym czym wszyscy żeglarze hiszpańscy się tu zachwycają i........ widzimy ni mniej ni więcej przepiękny krajobraz polskiej nadmorskiej plaży. Długa, dość szeroka, za nią wydmy, piaseczek jak marzenie. Aż nam się żal zrobiło, że tak mało ludzi z zagranicy nie wie jakie skarby są w Polsce a przypływają się zachwycać wycinkiem tego co jest u nas w nadmiarze. Ale krótki sezon i przede wszystkim brak ciepłej wody w Bałtyku robi swoje. Chociaż z tym sezonem to wcale nie jest u nas najgorzej, jak się powoli dowiadujemy to w Basenie Morza Śródziemnego taki full sezon też trwa tylko czerwiec – wrzesień. Dziwne nieprawdaż ?

Nazajutrz zwiedzamy tam jeszcze słone jeziorko wewnątrz wysepki i kilka zabudowań, które są prywatne ale jeszcze nikt nie przyjechał na sezon J i dostojną wieżę obserwacyjną. Dokładamy swoje kamyki na kopczykach (świetnie je widać z morza) i wracamy do jachtu, bo z daleka obserwując wydaje nam się, że jakoś dziwnie się zachowuje na tej kotwicy a zaczyna właśnie trochę przywiewać. Okazało się, że nasz niepokój był uzasadniony, gdyż bojrep, jaki zakładamy przy kotwicy zaplątał się pod łódką ale na szczęście kotwica dobrze trzymała, gdyż dodatkowo łańcuch był okręcony dookoła głazu pod nami. Od tego zdarzenia bojrep używamy tylko gdy jest to niezbędne.


Tego samego dnia wypływamy na pobliską Formenterę. Mieliśmy zamiar stanąć po prawej stronie od portu Savina ale wybrzeże okazało się tam skaliste i nie byłoby gdzie dobić pontonem. Stajemy więc po lewej stronie od Saviny przed plażą. Nie stoimy jednak długo ponieważ miejsce nie jest osłonięte a wchodzący tam rozkołys mocno nas denerwuje i czujemy już, że noc w tych warunkach byłaby raczej bezsenna. Nie mając więc zamiaru poświęcić więcej czasu na Formenterę wracamy na noc na Espalmador i tam spokojnie stoimy, spędzając wieczór w towarzystwie dwóch żeglarzy z sąsiedniego jachtu (Hiszpan i Brytyjczyk).

Naszym celem dalej jest Majorka więc zbliżamy się powolutku w tamtym kierunku, zatrzymując się jeszcze raz w Cala Longa na Ibizie (miejsce przedstawia zgoła całkiem inny widok niż 1,5 miesiąca temu, gwarno, kolorowo, sezon w pełni). Mieliśmy jeszcze zamiar popłynąć do Cala St. Vincent bardziej na północy wyspy i stamtąd startować ale pogoda była dobra więc 2 czerwca wypływamy skoro świt na Majorkę. Mamy do pokonania 64 mile, na początku wieje słabo wiec burczymy silnikiem. Ok. 18 godziny jesteśmy w punkcie, gdzie widać jeszcze zarys Ibizy a już pojawiają się szczyty gór Majorki na horyzoncie. Po drodze nie jest nudno gdyż spotykamy 2 stada delfinów, które dłuższą chwilę płyną koło nas, skacząc i nurkując nam pod jachtem. Igor z Idą nie mogą się napatrzeć i wychylają się niemożliwie. Robimy zdjęcia i na ujęciach widać nawet te delfiny płynące pod wodą. Próbujemy łapać ryby, trałując za rufą 2 wędki ale żadna nie chce współpracować. Ryba znaczy się, nie wędka. Księżyc jest w II kwadrze, więc kilka dni przed pełnią i świeci pięknie aż do 3 w nocy. A te miliony gwiazd na niebie ! Są zachwycające. Rano rzucamy kotwicę niedaleko Palma de Majorka w zatoczce Illetas. Łapiemy szybki internet z jachtu, trochę rozmów na GG, sprawdzenie maili i pogody, z której wynika, że pojutrze lepiej by było znaleźć się już po wschodniej stronie wyspy bo ma wiać mocno z kierunku S-SW. Decydujemy się więc na szybkie zwiedzanie Palmy.

Po dopłynięciu pontonem do brzegu odważnie ruszamy w jej stronę. Blisko nie jest ale wzmocnieni lekkimi zakupami w hiszpańskiej Mercadonie, stawiamy czoła wyzwaniu. Docieramy do Portu w Palmie i idziemy, idziemy, idziemy. Gdy mijamy w Marinie pomost nr 60 wydaje nam się, że to już więcej być nie może. A jednak może. Ogromny port i dla tych z pełnym wypasem i dla tzw. średniej kieszeni. Za portem dopiero trafiamy na historyczną część miasta: Słynna Katedra, Pałac de l’Almudaina, domy zamożnych kupców, Plac San Francesc.

Ida szaleje jakby to ona miała nieprzespana noc za sobą a nie my, ale chyba i ich dotyka już zmęczenie. Po powrocie już dobrze po 22.00 liczymy ile to było km i wychodzi nam coś ok. 17 km ! Biedne dzieci nawiedzonych rodziców J ! Ale nie narzekają.

Następny przystanek robimy w Cala Pi, niesamowitej zatoczce, która wymaga bardziej szczegółowego opisu. Cala Pi jest położona na południu Majorki, wąska (ok. 100 m szerokości ) i długa na 500 m. Z obu stron skały, bardzo wysokie, na końcu jej plaża a za nią fantastyczny kanion, przez który płynie rzeka. Coś niesamowitego. Wpływając tam patrzymy, że 2 inne jachty stoją już w niej, w sposób jedyny możliwy. Czyli.... kotwica z dziobu a z rufy cumy na skalach. Dają w ten sposób szanse innym, żeby też się zmieścili w tej zatoczce. Stajemy więc zgodnie przed nimi, bo za nich

płynąć mamy już lekkie obawy co do głębokości. Po nas dobija jeszcze jeden duży jacht i katamaran, który takich obaw nie musi mieć i nie ma. Idzie stanąć prawie przed samą plażą. Zagłębiamy się w kanion, delektując się niecodziennym krajobrazem. Noc jednak jest dla ludzi o mocnych nerwach, skały bowiem mają wymyte jakiś niecały metr nad powierzchnią wody i lekkie zafalowanie wchodzące do zatoki robi nocą niesamowity hałas, chlupocząc tam cały czas. Nie wiesz więc czy chlupocze głośniej i ty jesteś już bliżej skał czy ciągle tak samo. Brrrr , fajnie ale upiornie z początku.

Kolejny odcinek znowu dość długi, na początku trasy staje nam silnik ( i cieszę się niesamowicie, że nie stało się to przy wyjmowaniu kotwicy i odwiązywaniu się od skały w Cala Pi tylko już na pełnym morzu. Sebastian przegląda filtry i okazuje się, że w jednym z nich jest słona woda a drugi filtr tak inteligentny odcina dopływ paliwa żeby się wszystko nie zapaskudziło. Po oczyszczeniu filtra silnik odpala. Powoli prognoza zaczyna się sprawdzać, rozwiewa się i fale bujają. Wchodzimy późnym popołudniem do zatoki przy Portopetro. Łapiemy tym razem bojkę, dokładnie odczytując informacje o dopuszczalnych rozmiarach łódki jaka może na niej stać i sile wiatru do jakiej jest bezpiecznie. Z prognoz wynika że wyżej 6 B nie powinno wiać. Zaczepiamy się i relaks. Na ląd już nie schodzimy tego dnia bo jednak nasz elektryczny silniczek Minn Kotta do pontonu nie jest aż tak silny żeby nas popchnął pod ostrzejsze fale. Ale neta łapiemy dość dobrego z pobliskiej restauracji. Spędzamy najbliższe 3 dni w tym miłym miejscu oczekując na zmianę pogody, zwiedzając okolice i korzystając z plaży i temperatury morza. Bajka, woda ma już 26 stopni C. W porcie dogadujemy się z miłym panem , który pozwala nam zatankować wodę do kanistrów i znowu jesteśmy niezależni od portów.

Przed nami Cala Molto przy dużej Cala Ratjadzie. Przy okazji okazuje się, że Cala Molto to malutka plaża nudystów. Przed dobiciem do brzegu płyniemy na zwiedzanie jaskini, niewielkiej ale mieścimy się w niej całym pontonem. W drodze na plażę ja wyskakuję do wody a chwilę później Igor nurkuje (na szczęście w kamizelce ) do wody bo mu zabawka wypadła i wiele się nie zastanawiał co zrobić. Zabawki nie sięgnął ale wpadł cały z głową pod wodę. Zabawkę wynurkowałam ja. Siedząc na plaży obserwujemy duży katamaran, który właśnie rzucił w naszej zatoczce kotwicę. Jest hiszpański ale pod salingiem zauważamy polską banderę ! W drodze powrotnej podpływamy się przywitać i sprawdzić czy faktycznie są tam Polacy. Zostajemy miło powitani przez pełną polską załogę, ok. 10 osób, które spędzają swój urlop na Balearach pod okiem czujnego skippera Darka. Zapraszają nas na pokład i z ciekawością wysłuchują opowieści o naszym podróżowaniu-żeglowaniu. Spędzamy bardzo miły wieczór przy polskiej kiełbasie i hiszpańskim winie. Dzieci nasze robiły sobie spacery po katamaranie a naprawdę był luksusowy i duży (50 stóp).

Polska załoga ze względu na ograniczony czas pobytu już w nocy wypływała na Menorkę a my postanowiliśmy sobie zrobić jeszcze jeden dzień luzu i zwiedzić Cala Ratjadę. Wspięliśmy się na wzgórze z imponująca Latarnią Morską, która jednak nie była udostępniona do zwiedzania jak u nas.

Trzeba jeszcze wspomnieć, że tak jak Ibiza została opanowana przez Anglików tak Majorka to niemiecka enklawa. Nawet w sklepie pani kasjerka podała nam cenę po niemiecku, a my po hiszpańsku spytaliśmy ją: Quanto ?, bo nie zrozumieliśmy z zaskoczenia jaką liczbę powiedziała.


10 czerwca wypływamy raniutko w stronę Menorki, właściwie moglibyśmy jeszcze trochę zostać ale mamy dead line opuszczenia Balearów a raczej przybycia na Sardynię bo taki jest plan podróży. Moja siostra przylatuje 26 czerwca do Cagliari na Sardynii, więc w sumie dobrze byłoby być w okolicy J. A chcemy też wyczekać dobrą pogodę na dłuższy przelot, bo dla nas ok. 3 dobowy.

Na Menorkę nie jest daleko, więc dopływamy popołudniu pod Ciutadellę i kotwiczymy w zatoce Santandria. Wiatr się wzmaga i fale zaczęły się już robić mniej przyjemne. Godzinę po zakotwiczeniu fale zaczynają wchodzić do naszej zatoki, dzieje się to dość szybko i widać wyraźnie jak rosną. Podejmujemy decyzję o odejściu i kierujemy się na północ wyspy aby się schronić przed wiatrem SW. W zatoce Ciutadelli fale są coraz większe, wiatr ok. 5-6 B (całkowicie niezapowiedziany) więc z przyjemnością chronimy się za pierwszym cyplem. Menorka jest całkiem inna od pozostałych wysp balearskich, od tej strony co płyniemy bardzo skalista, nie ma tam żadnej cywilizacji, bo klify są strome i bardzo wysokie. Jest tam kilka zatoczek ale przy tym wietrze jeszcze nie bardzo atrakcyjnych. Płyniemy do najbliższej na północy Cali Morel. Z daleka widzimy 2 jachty stojące już na kotwicy a przy podpłynięciu bliżej widzimy, iż tych jachtów jest dużo więcej i śmiało się można pokusić o stwierdzenie, że jest ciasno. Jakoś się jednak wpasowujemy i rzucamy kotwicę na 5 m głębokości. Nasza rufa znajduje się jakieś 2 metry przed dziobem 10 metrowego katamaranu. Pytamy grzecznie właściciela czy będzie ok., a miły człowiek przewiązany tylko ręcznikiem w pasie macha nam przyjaźnie i mówi ok. Po chwili zaprasza nas do siebie na drinka. Podpływamy naszym pontonem i zostajemy serdecznie przywitani przez dziewczynę Kiko -właściciel katamaranu, Catalinę. Kolejny extra wieczór z miłymi ludźmi. Oby było ich jak najwięcej. Dołącza do nich przyjaciel Manuel-fotograf, który robi nam zdjęcia do jakiegoś artykułu a propos rodzice-dzieci, itp. Przykład w załączeniu.


Jeszcze warto wspomnieć coś więcej o Cali Morel, bo poza tym, że jest świetnie osłonięta przed większością wiatrów jest niesamowita z krajobrazu. Otoczona z jednej strony litymi skalnymi blokami rodem z Patagonii a z drugiej jakieś pozlepiane niesamowite formacje skalne. Od strony niewielkiej plaży trochę zabudowań ale jeszcze pustych (bo sezon jeszcze się przecież nie zaczął J. ) Obok plaży wylanych kilka metrów betonowego nabrzeża – świetne miejsce na przybicie pontonem. Woda z prysznica na plaży pozwala nam uzupełnić nasz zbiornik. Właśnie ciekawa sprawa na Majorce nie trafiliśmy na żadna plażę z prysznicem ze słodka wodą. Wspinamy się trochę na skały (niestety nie wiem z jakiego okresu pochodziły) i podziwiamy widok z góry.

Około południa zaczęło wiać z N więc poszliśmy za radą naszego nowego znajomego Kiko i popłynęliśmy z powrotem w stronę południowej części wyspy. Wedle jego opowieści dobrze też zrobiliśmy poprzedniego dnia opuszczając Santandrię, ponieważ należy ona do tego rodzaju specyficznych miejsc, że fala potrafi tam wejść i zrobić się bardzo duża i nieprzyjemna w bardzo krótkim czasie. Ominęliśmy, tym razem w dobrych warunkach Pd latarnię i cypel wyspy i stanęliśmy na noc w zatoce Son Saura. Przeciwieństwo Cali Morel, bardzo szeroka, duża zatoka z dwoma szerokimi i pustymi plażami.

15 mil dalej znajduje się kolejna z serii fantastycznych zatoka Biniparraitx, bardzo, bardzo malutka ale świetnie osłonięta, pod koniec zakręcająca pod kątem 90 stopni w prawo na malutką plażę. Po drodze przyglądamy się zmieniającej się linii brzegowej, trochę zabudowań, potem znowu skały, plaże i znowu skały ale takie przyjemne, nie za wysokie z mnóstwem zatoczek. Po tej stronie co 2-3 mile jest wejście do którejś z Cali. Na plaży w Biniparratix znajdują się skały, słynne z wyżłobionych przez ludzi jaskiń, jakieś 20 m nad ziemią wykute wejścia, które były kiedyś zamieszkane przez mieszkańców wyspy w IX w. p.n.e.

Dzieci nasze z jachtu ekscytują się samolotami, które przelatują naprawdę bardzo nisko, szykując się do lądowania na pobliskim lotnisku niedaleko Mahou. Woda jest przejrzysta i czysta jak wszędzie na Menorce, nurkowanie z maską to czysta przyjemność, ponadto brak pruderii u mieszkańców pozwala na kąpiele w stroju Adama i Ewy.

Przed nami ostatnie miejsce na Menorce przed startem na Sardynię – Mahou. Kotwiczymy w jedynej darmowej zatoce w Mahou za wyspą przy La Mola (nigdy nie używana Twierdza Izabeli II). Do miasta jest stąd co prawda dość daleko ok. 5 km wodą, 7 lądem. W zatoce kotwiczy ok. 15 jachtów, nie licząc ruchu weekendowego, bo z nimi jest ok. 40 łódek. Mieszanka narodowości: Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Szwedzi, Norwegowie, Szwajcarzy, Anglicy i my Polacy.
Drugi dzień pobytu w Mahou to nasza rocznica. 14 czerwca – rok temu wypłynęliśmy z Gdańska w naszą podróż. Szczerze mówiąc szybko minęło....

Żeby uczcić tą datę wybieramy się rowerami do Mahou. Najpierw Sebastian poświęca ponad godzinę na rozruszanie naszych jednośladowych wehikułów, których nie używaliśmy aż od Ibizy. Ciężka to praca bo jakoś słona woda im nie służy J .
Trasa niełatwa, z górki, pod górkę i jeszcze ten upał. Igor marudził i często się zatrzymywaliśmy żeby odpocząć (wszyscy). Docieramy do Mahou i wiedząc, że jest to niedziela i sklepy mogą być czynne tylko do 14.00 próbujemy zlokalizować jakiś supermarket. Ale napotkani ludzie jakby byli w zmowie, udają że nic nie wiedzą o żadnych supermarketach, polecają tylko małe sklepiki i to z powątpiewaniem czy w ogóle są dziś otwarte. Nie poddaję się i zostawiając Sebastiana z dziećmi na Placu Columba jadę na poszukiwanie. I całkiem niedaleko znajduję, znany nam z poprzednich wysp supermarket EROSKI. Nie wierzę, że ci ludzie go nie znali. Cóż, może wspierają lokalny handel a nie masówkę. Zwiedzamy troszkę miasto, wzdłuż którego ciągnie się port za portem. Samo centrum jest położone trochę wyżej niż porty, a niektóre domy wręcz wybudowane są na skałach, które idealnie wtapiają się infrastrukturę miasta. Znajdujemy duży park z extra placem zabaw, piknikujemy tam a dzieci się bawią i zjeżdżają rurami. Powrót jest ciut lżejszy, bo może trochę więcej zjeżdżamy z górki. Zostawiamy rowery przy murze chroniącym wejście na tereny fortecy La Mola. Miejmy nadzieję, że nikogo nie zainteresują. Przez kolejnych kilka dni wiemy, że nie wypłyniemy bo wiatr wschodni zapowiadają, więc jakby nie w naszym kierunku. Robimy więc kilka ruchów serwisowych do miasta w celu uzupełnienia zapasów (ja jeżdżę rano po zakupy a Sebastian pod wieczór po paliwo na stację). I są to jedyne pory dnia, kiedy da się przeżyć jazdę rowerem taką trasą. Na kotwicowisku wymienia się trochę towarzystwo. Poznajemy sympatycznego Anglika HUGO, który właśnie przypłynął z Sardynii i opowiada nam trochę jak tam jest, gdzie warto stanąć a gdzie nie. Hugo organizuje też któregoś wieczoru na plaży wykład o gwiazdach, na który zaprasza wszystkich z jachtów. Zaprzyjaźniamy się z parą Szwajcarów z francuskiego kantonu, Stephanie i Thierry, którzy również od roku pływają swoją YODARĄ. Wypłynęli z Francji i opłynęli półwysep Iberyjski, zimowali trochę w Kadyksie i teraz też szykują się na skok na Sardynię. Planowali swoją podróż na rok a tak naprawdę czują że dopiero się ona zaczyna. Wspólnie analizujemy prognozy pogody i postanawiamy płynąć razem, tzn. przynajmniej wspólnie wyruszyć bo oni są troszkę większym jachtem i zapewne wyprzedzą nas szybko. Ale zawsze miło wiedzieć, że ktoś płynie całkiem niedaleko w tym samym kierunku. Na koniec tygodnia zapowiadają silne wiatry z N. Mistral zacznie szaleć w Zatoce Lwiej, ale od poniedziałku powinno być już dobrze. Ale to będzie już 22 czerwca, więc czasu coraz mniej do przylotu Ewy do Cagliari.

Miejsce jest bardzo fajne, do plaży blisko więc codziennie korzystamy z kąpieli i zabaw plażowych, można przejść na drugą stronę ulicy i tam jest druga mała zatoczka, gdzie fajnie się chodzi po kamieniach i odkrywa ciekawe rzeczy, np. czerwone ukwiały, porzucone jajka mew, mega koniki polne.
Podczas drugiej wspólnej wyprawy do Mahou idziemy zwiedzić Muzeum Menorki, a w nim ciekawe wykopaliska z dawnych czasów. A potem oczywiście Plac zabaw z rurami J. Przypływa kolejny ciekawy jacht, tym razem z Nowej Zelandii, załoga to dwoje starszych ludzi z rudym kotem Fidelio na pokładzie. Opłynęli już świat dookoła kilka razy, w ostatnich latach kręcili się po Śródziemnym a teraz są w drodze z Grecji do Nowej Zelandii. Jacht ma charakterystyczne barwy pomarańczowo-żółty.

W sobotę wieczorem przychodzi zapowiadany wiatr, słychać tylko klikanie fałów o maszty i świst wiatru w olinowaniach. Wieje naprawdę mocno i przez całą noc wachtujemy, chyba zresztą nikt kto jest na jachtach tej nocy nie śpi. Trzy jachty dragują kotwice i widać wyraźnie jak zmienia się ich pozycja, przestawiają się i rzucają od nowa. Jeden z nich był bez załogi i tylko dzięki akcji sąsiedniej załogi, która weszła na pokład i rzuciła ich drugą kotwicę, jacht nie wpłynął na skały. Nie lubimy takich nocy, gdy tylko obserwujesz swoje położenie względem innych czy się czasem nie przemieszczasz. Najsilniejszy wiatr przyszedł jednak rano, wiało z 7 B. Wszystkim udało się przetrwać, nasza kotwica nawet nie drgnęła. Całą niedzielę wieje jednak. W poniedziałek też i prognozy są takie sobie, chociaż widać światełko w tunelu. Płynę do pobliskiego El Castel z Hugo (jego pontonem z dużym silnikiem) i odwiedzamy kawiarenkę internetową. Analizujemy prognozę i jedyne pocieszenie że wieje z kierunku, który nam pasuje, czyli z NW. Tylko silny jeszcze ale we wtorek po południu ma już być ok. i wiać tak 4-5 B, fala tylko jeszcze będzie duża. Za to w piątek ma już odkręcać na południe, więc dobrze by było przed tym południowym wiatrem zdążyć albo przynajmniej złapać go już przed samą Sardynią. We wtorek 23 czerwca płyniemy rano na jedyną w Mahou stację benzynową dla pojazdów wodnych, nie tyle nawet zatankować paliwo co wodę. Bloody French (jak to ich określił pewien Bretończyk z kotwicowiska ) wpychają się bardzo bezczelnie przed nas do tankowania. Nieładnie.

Ja podczas tankowania robię szybki wypad do pobliskiego sklepu ze sprzętem wodnym i przemiły sprzedawca pozwala mi skorzystać z internetu aby ściągnąć najświeższą prognozę pogody z Passage Weather. Nie ma wielkich zmian w stosunku do wczoraj, tyle że od dzisiaj popołudniu ma być spokój aż do końca tygodnia.

Po powrocie robimy ostatnią naradę ze załogą YODARY i podejmujemy decyzję : Płyniemy. Start o 17.00. Fale pewnie będą duże ale najlepiej jest płynąć na wietrze gasnącym po sztormie bo przynajmniej kolejny nie przyjdzie tak szybko.

Czynimy ostatnie przygotowania i o 17.00 godz. 23 czerwca żegnani miłymi okrzykami z sąsiednich jachtów wyciągamy kotwicę i opuszczamy gościnną zatokę w Mahou a tym samym Baleary i Hiszpanię. 

 

IX. WŁOSKIE WYSPY-SARDYNIA I SYCYLIA.
23.06 – 17.08.2009

Dla przypomnienia wyruszyliśmy właśnie z Mahou na Sardynię. Wielodniowy Mistral nie dał jeszcze o sobie zapomnieć, po wypłynięciu z zacisznego kotwicowiska wpadamy w duży rozkołys (dla nas są to mega fale, wpadamy w dolinę fali całą BIMSI). Wiatr wieje ale tylko przez pierwsze 3-4 godziny, potem niestety musimy sie uciec do pomocy silnika bo wszystko nam się już wywraca w żołądkach. O północy kontaktujemy się na VHF z YODARĄ, też jadą na silniku przed nami. Do rana fale się wygładzają, tak że tafla woda przypomina lustro, lekko wieje, więc żegluga w końcu staje się przyjemna. Koło południa zauważamy jakieś błyski w wodzie, po chwili okazuje się, że to otacza nas ławica tuńczyków. Jest ich mnóstwo, setki, wielkich (min 1 m długości), srebrnych tuńczyków. Praktycznie płyniemy w nich. I teraz najlepsze: płynęliśmy w tej ławicy 2 doby ! Tzn. ta ławica płynęła dużo szybciej niż my, więc mineły nas setki tysięcy tuńczyków, chociaż prawdziwej liczby chyba nigdy nie poznamy. Płynęły zaraz pod powierzchnią, wyskakiwały z wody jak delfiny, w odległości 1 m od BIMSI. Niesamowite, ciężko było wzrok odwrócić od tego cudu. Oczywiście próbowaliśmy też swoich możliwości wędkarskich, po 5 zerwanych przynętach (brały jak szalone od razu), zrezygnowaliśmy. Zresztą , nawet jakby udało nam się z jednego zmęczyć to i tak nie mieliśmy pomysłu jak go wciągnąć na pokład :-). Potem dowiedzieliśmy się, że w tym rejonie właśnie na początku lata tuńczyki płyną na tarło na Sardynię, gdzie oficjalnie jest w tym czasie zakaz odłowu ale odbywają się i rytualne, podobno dość krwawe polowania. Co do tego zakazu to nie jestem pewna jak bardzo jest stosowany bo przed samą Sardynią ilośc zastawionych sieci przekraczała chyba normę.

Droga upływała nam bardzo dobrze, trochę przywiewało, troszkę trzeba było korzystać z silnika ale stan morza był perfekcyjny, żadnych niespodziewanych fal i rozkołysów. Ruch statków bardzo mały. Dzieci po dwóch dobach stwierdziły, że odzwyczaiły się od lądu i mogą tak płynąć i płynąć. Trzeciej doby rano łapiemy łączność komórkową ze światem i dajemy znać mojej siostrze, że może już wsiadać do samolotu do Cagliari i lecieć do nas, powinniśmy do 18.00 zdążyć dobić do lądu. O 14.00 rzucamy kotwicę w Calaseta po zachodniej części Sardynii, uff co za ulga.

Trochę arytmetyki: przepłynęliśmy 198 mil w ciągu 69 godzin (w tym 41 godz. na żaglach, 28 godz. na silniku). Ale zmęczenie zaczyna nam się dawać we znaki, z wypoczynkiem jednak kiepsko bo dzieci elegancko wyspane :-). Oto urok płynięcia nocami z dziećmi, nie pośpisz w dzień.

Sebastian eksploruje nowy ląd (w końcu to Włochy po prawie 9 miesiącach na wodach hiszpańskich) a ja jadę do Cagliari aby odebrać siostrę z samolotu, to jeszcze 80 km od Calaseta. W zatoce spotykamy jeden jacht z Mahou, wypłynął dobę po nas i przypłynął szybciej - no cóż większa łódka, szybsze możliwości.

Zaczynamy zwiedzanie Sardynii, obieramy kierunek na południe, następny jednak przystanek po Calaseta robimy po drugiej stronie wyspy San Antioco (połączona z lądem Sardyńskim groblą) w Ponte Romano. Zaciszniej od wiatru, który akurat zaczął wiać w zatoczkę Calasety i w porcie. Port jest stary, głównie rybacki, więc próbujemy szczęścia i stajemy przy jednym z kutrów longsidem. Rybacy są tak sympatyczni, że sami nas zachęcają, pomagają się wiązać, po chwili trzech z nich siedzi już u nas w kokpicie i zalewają nas potokiem italiańskiej mowy z czego nie rozumiemy za wiele. Przynoszą nam lokalne wino, figi i kabaczki ! Szok! Takie powitanie. Są to rybacy z Sycyli z Palermo, płyną za 2 dni na połowy do Tunezji. Po tym pierwszym dniu pływania na Sardynii, już czujemy, że wiatry są tu silniejsze niż na Balearach. Po dwóch dniach w San Antioco, gdzie korzystaliśmy z gościnności naszych rybaków - zostaliśmy nawet zaproszeni całą rodziną na obiad na kuter i jedliśmy przy jednym stole z całą 8 -os załogą i Kapitanem. Moja sorella (po włosku siostra) nie może opędzić się od zalotów rybaków. Muszę jeszcze opisać menu bo bardzo włoskie-południowe: makaron muszelki gotowany, posypany serem i panelle czyli przysmak z ciecierzycy - upieczony placek z mąki z ciecierzycy, wychłodzony i położony na bułkę i polany obficie sokiem z wyciśniętej wprost do bułki cytryny. Pychotka ! Na deser świeże figi i wszystko zapijane gazowanym, czerwonym winem Lambrusco.

Uzupełniamy zapasy w miejscowym LIDLU (nowe przysmaki, włoskie makarony, pesto, twarde sery), plażujemy się i w końcu z żalem opuszczamy to sympatyczne miejsce.

Bierzemy kurs na bardziej dzikie tereny i 29 czerwca płyniemy do Porto Teulada na południu Sardynii. Port, który miał być jeszcze w budowie juz wybudowano i koleś chce nas mocno skasować (ok 25 eur/dobę), więc rezygnujemy i stajemy na kotwicy przed portem. Człowiek z portu ostrzega nas też "lojalnie", że musimy stać 500 m od plaży bo Guardia Costiera (Włoska Straż Przybrzeżna) kontroluje odległości. Nie dajemy się zastraszyć i stajemy 300 m od plaży na 8 metrach, obok aluminiowego jachtu pod australijską banderą.

Miejsce wspaniałe, zero cywilizacji (trochę z tego powodu cierpi moja sorella :-) ale za to 2 plaże do wyboru, skałki pod wodą, fantastyczne miejsce do nurkowania. Spędzamy 2 dni w raju, nawiązując przy okazji znajomość z australisjkim sąsiadem, który również tak jak my żegluje z rodziną (nawet wiek dzieci się zgadza, tylko mają 2 chłopców). Sympatyczni Stephanie i Chris planują wraz z dziećmi popływać jeszcze kilka sezonów, spędzając zimy również na Śródziemnym. Australijski system edukacji bardziej sprzyja nauce eksternistycznej przez internet więc, jeszcze przez kilka lat nie muszą posyłać 5 letniego Silasa do szkoły. Mógłby u nas być taki system bardziej powszechny. Popołudniami mocno się rozwiewa, ale Sebastian nurkował kilka razy sprawdzając położenie kotwicy, na 30 metrach, wypuszczonego łańcucha trzyma doskonale.

Kolejny przystanek Manfaltano, pogoda wspaniała, upały sięgają 40 stopni w dzień ale jednoczesnie popołudniowa bryza wieje mocno, na szczęście wieczorami i na noc się

wycisza. Manfaltano to kolejne miejsce, o które jeszcze nie upomniała się cywilizacja. Na długiej, piaszczystej plaży znajduje się mały barek pod palmowymi parasolami, kilka motorowych pontonów do wynajęcia i to wszystko. Australijczycy również tu kotwiczą, ale szczęściarze dzięki składanemu mieczowi (zanurzenie wtedy 80 cm ) mogą wpłynąć na głębokość 1,5 m , my stajemy więc dalej na jakiś 5-6 metrach i do plaży trzeba się nieżle nawiosłować na dingy. Woda czysta, ciepła, więc korzystamy z urlopu razem z Ewą. Igor z Idą nie wychodzą z wody ujeżdżając nowe dmuchane zabawki, które dostarczyła z kraju ukochana ciocia Ewa. I znowu nurkowanie, opalanie, kąpanie.... ale jakoś się jeszcze nie nudzi :-).Dla odmiany zwiedzamy jedną z 7 tysięcy megalitycznych nuraghi czyli okrągłych kamiennych wież mieszkalno-obronnych z II tysiąclecia p.n.e. rozsianych po całej wyspie.

Ostatni postój przed Cagliari to Capo di Pula - słynna z zatopionych ruin miasta. Na kotwicy pływamy i nurkujemy wokół jachtu, woda boska. Potem spacerek do miasta, gdzie po raz pierwszy odkrywamy lane z kranu wino włoskie. W zwykłym lokalnym sklepie znajdujemy dwie metalowe kadzie, z których można sobie do plastyku nalać czerwone i białe wino. Cena 0,90 EU za litr. Dobre... W drodze powrotnej spotykamy na plaży dwie studentki z Padwy, nocujące pod namiotem na plaży. Jedna z nich zaczepia nas po polsku, jest Rosjanką, a jej koleżanka Holenderką. Zacieśniamy więzy w j. angielskim popijając lokalne wino.

04 lipca pokonujemy zatokę Cagliari, dość męcząco bo jest duży rozkołys spowodowany przez intensywny ruch statków. Docieramy do Mariny del Sole w Cagliari i stajemy bezpiecznie w porcie. Port z klimatem i dobrą ceną ! W pełnym sezonie płacimy za noc 15 EU. W tym prysznice, prąd i woda na kei. Luksus. Następnego dnia o 04.00 rano odstawiam Ewę na Dworzec Autobusowy i stamtąd jedzie na lotnisko. Teraz znowu sami, smutno... Zostajemy w Cagliari jescze dwa dni na uzupełnienie zapasów i wymianę gazu w butlach.

Ale daliśmy się nabrać, we Włoszech można napełniać butle, więc chcieliśmy wykorzystać okazję i napełnić pustą niemiecką i francuską butlę, które dzielnie wozimy. "Miły" pan z Mariny obiecał za 15 eur obie butle napełnić, jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się we wtorek, że koszt napełnienia to 75 eur i tyle "miły "pan oczekuje, że zapłacimy. Próba wyjaśnienia sytuacji na nic się nie zdała, pan tylko zszedł do tego, że on po angielsku mówił :fifty nie fifteen (czyli 50 nie 15 eu), no a że jest 75 to już nie jego wina. Bardzo zawiedzeni takim serwisem zostawiliśmy obie butle z gazem Panu na pamiątkę i popłynęliśmy dalej. To taka nauczka, nie wchodzić w układy z uczynnymi pracownikami portów we Włoszech, bo oni zawsze chcą na tym zarobić. Stajemy na kotwicy po zachodniej części wyspy w Villasimus i podejmujemy decyzję o dalszej trasie.... na Sycylię...

Startujemy 09 lipca, mamy do przepłynięcia 161 mil, więc trochę mniej niż na Sardynię ale zawsze 2 doby w morzu. Pogoda zapowiadana jest dobra, max. do 5 B ze słusznego kierunku. Dzień wcześniej australijska rodzina wypłynęła prosto z Cagliari na Sycylię, rozmawialiśmy chwilę na VHF. Czas płynie dość szybko, przerywnikiem jest widok wielkiego żółwia, który przepływa nam koło burty. Potem jeszcze odwiedza nas stado delfinów, więc znowu mamy przedstawienie za darmo :-). Wieczorem zapowiadają burze, nie lubię tego, wiatr zmienia kierunek z Pd-zach na Pn-zach, robią się fale, krzyżują ze sobą, mogłoby być lepiej. Drugiego dnia wieczorem płyniemy już na światła wyspy, znowu mały ruch statków, nad ranem dopiero mijamy 3 czy 4 jednostki. Rano 11 lipca wyspa ukazuje nam się w pełnej krasie, wysokie, nie porośnięte roślinnością góry. Fale są duże i wieje z Norda. O 07.00 rzucamy kotwicę za przylądkiem Capo de Vito na Sycylii. Podnosimy ją jednak o 10.00 bo rozkołys z północnego wiatru wchodzi za przylądek i robi się mało przyjemnie. Płyniemy do Castelmare del Golfo do portu. Port bez wygód ale kosztowny, po negocjacjach 30 EU za noc. Perspektywa dobrze przespanej nocy, sprawia, że nawet nie wydaje nam się zbyt wygórowana ta cena. Zaczynamy się delektować atmosferą Sycylii, która już teraz wydaje się być całkiem inna niż jej wcześniejsza sąsiadka. Chociaż jej prawdziwy klimat mamy poznać trochę później.

Na następny nocleg płyniemy do oddalonego o jakieś 6 mil Balestrate, który jest portem w budowie i z tego powodu można w nim stanąć bez opłat. I prawda, port jest bardzo duży, piękne falochrony, przygotowane nabrzeże, jeszcze bez pomostów i innych udogodnień, plac wyłożony kostką. Stajemy longsidem przy nabrzeżu, wciskając się między wędkarzy, poza nami stoi tam kilka lokalnych żaglówek, kilkanaście łodzi rybackich i pontony. Ci wędkarze jak się później okazało okupują ten port non stop, dzień i noc, ze zwiększonym natężeniem w weekendy, gdy przybywają z całymi rodzinami. Taki sposób na rozrywkę bo wielkich sukcesów nie odnoszą. Stoimy w Balestrate 3 dni, poznajemy w tym czasie bardzo sympatycznych ludzi, Carmela - instruktora w szkółce żeglarskiej i człowieka z przeszłością :-), pewną szwajcarsko-sycylijsko rodzinę, miłą parę z Biura Nieruchomości, którzy nam udostępnili swój dostęp do internetu. Jedziemy też pociągiem na wycieczkę do Segesty, starego miasta grecko-rzymskiego. Najpierw jednk okazuje się, że ze stacji musimy się wrócić do miasta i kupić w sklepie papierniczym bilety bo inaczej nie da rady. W Segescie oglądamy 2 tysiącletnią, zachowaną w całości świątynię dorycką - imponująca. Stoi na wzgórzu i góruje nad krajobrazem. Na drugim wzgórzu, który zdobyliśmy w pocie czoła (bo upały zaczynają się robić gigantyczne) znajdują się pozostałości po rzymskim amfiteatrze, największą zaletą tego amfiteatru jest jego umiejscowienie, osłonięty z 3 stron górami, sam na wzniesieniu z widokiem na zatokę Castelmare. Starożytni ludzie nie lubili zwykłych rzeczy. Dobrze nam się stoi w Balestrate ale czas ruszać dalej.

15 lipca popołudniu rzucamy kotwicę w Sferracavallo, zatoczka przed niewielkim portem dla jachtów motorowych. Płyniemy naszym pontonem na brzeg. W miasteczku odbywa się akurat festyn, więc jest wesoło, gwarnie, mnóstwo restauracji pod namiotami, gdzie można zjeść za 2 EU panelle i caponatę (duszone bakłażany z pomidorami i selerem naciowym podawane na zimno). Wracamy na łódkę już po ciemku i przyglądamy się jak drugi jacht, który też stoi w tej samej zatoce wciąga na rufę ponton. Też przez moment mieliśmy taki pomysł ale... przecież ponton uwiązany do łódki jest bezpieczny. Tak nam się właśnie wydawało, nie wzięliśmy tylko pod uwagę, że to Sycylia i przede wszystkim przedmieścia Palermo. Bo rano naszego pontonu nie było ! Został tylko kawałek linki przywiązany do knagi... Był to dla nas szok, że złodziej nie bał się podpłynąć do jachtu, otwartego, gdzie spaliśmy i odciąć ponton !

Popłynęłam na brzeg wpław żeby się zorientować (teraz to już sama nie wiem w czym :-)) i jedyne co znalazłam to naszą podkowę ratunkową na brzegu, pytani przezemnie ludzie w porcie i okolicy okazywali tak wielkie zdziwienie jakby pierwszy raz w życiu słyszeli o jakiejkolwiek kradzieży. Odżyło magiczne słowo "mafia".

Nie widząc za bardzo innego wyjścia, wróciliśmy do Balestrate, bo tam były jedyne osoby, które tu znaliśmy (i darmowa postojówka przy nabrzeżu) w celu nabycia jakiegoś środka zastępczego, który by nas woził na brzeg z kotwicy.

Zostaliśmy w Balestrate 1,5 tygodnia. W tym czasie poznajemy kolejnych fantastycznych ludzi:lądową rodzinę polsko-sycylijską (Ania i Filippo) i parę francuskich żeglarzy na Monsunie (Francoise i Emanuel), którzy też przypłynęli do naszego portu.

Ania uprzyjemniała nam czas wizytami a Filippo wypatrzył w ogródku jakiegoś włocha małą, starą, plastykową łódeczkę, którą to nabyliśmy za 25 EU. Wymagała trochę szlifowania i pomalowania oraz zalepienia jednej dziury. Poza tym luksus :-). Malujemy ją w barwach polski biało-czerwono, poczym okazuje się, że czerwona farba schodzi i brudzi wszystko okrutnie, więc Sebastian zdziera papierem ściernym piękny czerwony połysk i zostaje bardzo "matowy kolor". Właściwie na tyle matowy, że wygląda znowu jak mocno sfatygowana łódeczka, hi hi. Wypisujemy niebieską farbą dla odmiany na przodzie BIMSI, ozdabiamy boki starą, rybacką liną żeby się nie obijała i mamy nowy środek transportu. Załoga Monsuna obdarowuje nas swoimi zapasowymi wiosłami oraz całą masą informacji o portach i kotwicowiskach francuskich. Sami spędzają już drugą zimę w Tunezji i bardzo sobie chwalą, pogodę, warunki no i ceny.

W końcu 28 lipca po raz drugi opuszczamy Balestrate i tym razem podejmujemy decyzję opłynięcia wyspy od południa. Palermo zwiedziliśmy podczas wycieczki pociągowej i nie będziemy już tam płynąć. Wiatr mamy dobry i ruszamy prosto do Trapani po zachodniej stronie wyspy. Dopływamy tam już o zmroku ale jesteśmy dobrze przygotowani w teorii, gdzie znajdują się boje, na których można się zatrzymać gratisowo. Są one pozostałością po jakiś dużych regatach (mówiono że po Americas Cup) i tak sobie stoją przed portem.

Na drugi dzień cumujemy dingy przed siedzibą Guardii Costiery, ale kamizelki dzieci na wszelki wypadek bierzemy ze sobą. Miasto ładne, trochę zabytkowych kościołów, wąskie, klimatyczne uliczki, czysto i mnóstwo firmowych butików, ogromny port rybacki. Niestety zły duch Sycylii znowu daje o sobie znać, tym razem w postaci zakłóceń w działaniu naszego radia VHF, klawisze same się przełączają, nie działają przyciski. Zanosimy do serwisu (który na szczęście jest tutaj) i okazuje się to być mało naprawialne. Jesteśmy więc zmuszeni do kupna nowego radia. I znów budżet uszczuplony...ech.

Robimy teraz takie skoki 25-30 milowe dziennie, pogoda dopisuje, tzn w dzień wieje a w nocy bryza cichnie i jest miło. 01 sierpnia (sobota) wpływamy do miejscowości Sciacca na południu i po raz pierwszy na Sycylii stajemy w porcie rybackim przy kutrze, a nawet można powiedzieć przy 2 kutrach bo my stoimy jako trzeci. Rybacy są mili, zgadzają sie na towarzystwo, możemy stać do niedzieli wieczór, a potem zająć ich miejsce przy kei. W sumie mieliśmy zamiar w niedzielę rano odpłynąć gdy zły duch daje znać po raz trzeci. Przestaje nam działać monitor w komputerze.... Nie pomagają żadne zabiegi, nic nie widać. Niestety bez tego też nie popłyniemy dalej ponieważ wszystkie mapy i piloty mamy elektroniczne. Jak się okazuje w poniedziałek, południe Sycylii nie jest miejscem, gdzie łatwo załatwić komputer. Po kilkugodzinnych wysiłkach Sebastian znajduje sklep, gdzie wieczorem ma być dostawa towaru, w cenach dla nas w miarę przystępnych. Opuszczamy Sciaccę z nowym komputerem, znowu trochę biedniejsi finansowo ale z nadzieją w sercach , że to już musi być koniec naszych problemów. Jakiś limit na jedną łodkę musi chyba być :-).

Korzystając dalej z dobrej pogody, płyniemy do Porto Empedocle, który jest miejscem wypadowym do pobliskiego Agrigento, gdzie znajduje się cała Dolina Świątyń z V w. p.n.e. W Porto Empedocle spotykamy naszych rybaków ze Sciacci, którzy wołają nas żebyśmy do nich stanęli longsidem. Jacy sympatyczni ludzie. Sebastian poszedł im trochę pomóc przy rozładunku ryb i wrócił z ok 7 kg ryb, którymi został obdarowany. A my bez lodówki a temp nawet nocą nie spada poniżej 25 stopni. Na szczęście w pobliżu są mini fabryki lodu i nie ma problemu żeby 2 razy dziennie po dużej reklamówce przynieść i ochłodzić nasze rybki. Następnej nocy rybacy wypływają a my przestawiamy się na kotwicę przed port, gdzie wszystkie miejscowe motorówki stoją na bojkach. Zwiedzamy Agrigento, wytrzymują to nawet nasze dzieci :-) i chyba nawet im się podoba pobiegać po kilkutysięcznych murach i powchodzić w starodawne jaskinie. Lunch robimy sobie na pozostałościach świątyni Zeusa, jednej z największych jakie przetrwały. I nie jest to świętokradztwo bo teren Agrigento jest otwarty i tak ogromny, że można zatrzymywać się w dowolnym miejscu na odpoczynek i posilenie się.

Po jednodniowym odpoczynku po zwiedzaniach płyniemy do Licaty a potem do Geli, gdzie spotyka nas kolejna sycylijska przygoda... :-). Przed wejściem do Geli, kontaktujemy się z portem aby dowiedzieć się o głębokości na wejściu bo mamy pewne wątpliwości. Harbour Master przełącza nas na VHF do pilota portu Gela i ten instruuje nas żebyśmy się trzymali bardziej prawej strony falochronu oraz że spróbują wysłać po nas pilota. W pierwszej chwili się ucieszyliśmy ale zaraz przyszła refleksja, że taka usługa to darmowa może nie być. Próbujemy więc znowu skontaktować się z Harbour Master ale cisza panuje w eterze mino iż do portu mamy coraz bliżej. Przy głowkach portu nie spotykamy jednak żadnego pilota i wpływamy sami z duszą na ramieniu gdyż log w pewnym momencie pokazuje 2,4 m głebokości.Jest w Geli marina ale jest też nabrzeże przy którym własnie stajemy longsidem do niewielkiej łodzi (jak się później dowiadujemy jest to łódź śmieciarka, która wypływa do statków stojących na redzie i odbiera od nich śmieci). Jeszcze cum dobrze nie zawiązaliśmy już podpływa do nas ponton z 3 dobrze zbudowanymi mężyznami i zaczynają nam uświadamiać że tu nie możemy stać i mamy wpłynąc do mariny.

Najpierw oczywiście oni nie rozumieją po angielsku ale jak i my wykazujemy małą inicjatywę zrozumienia włoskiego,jednego z nich olśniewa i ostrzega nas po angielsku, że Guardia Costiera napewno się nami zainteresuje, że tu stoimy i że oni nas ostrzegali. I cóż za jasnowidztwo, nie mija bowiem 15 minut i zjawia się Guardia Costiera ! Pytają o dokumenty, pytają czemu tu stoimy, że jest marina, itp. Chyba jednak nie ma formalnego zakazu tu stania bo kręcą mocno żeby nas zniechęcić. W końcu zabierają nam paszporty do "sprawdzenia" i mają je przywieźdź za 2 godziny. Sebastian zostaje na straży a ja ide na specer z dziećmi, podczas którego zaczepia mnie Polizia włoska i pyta o dokumenty. Wiedzą jednak, że jesteśmy obcokrajowcami, którzy stanęli nie tam gdzie powinni wg pracowników Mariny. Dzwonią przy mnie do Guardii Costiery i rozmowa z tonu można poznać nie jest zbyt miła, mnie informują, że dokumenty zaraz nam przywiozą spowrotem i możemy stać do rana tam gdzie stoimy ! Zanim wrócilam do Bimsi z wiadomościami Sebastian już miał nasze paszporty. Hm... ciekawe, nieprawdaż ? A potem przeczytaliśmy w pilocie, że Gela jest jednym z najbardziej mafijnych miejsc na Sycylii. Słabo spałam tej nocy ..... O 5 rano już nas tam nie było :-)

Kolejny spokojny przystanek w Pozallo, miejscu skąd jest najbliżej na Maltę, dokąd odchodzą szybkie promy. Duży port, dużo miejsca, znowu stoimy przy kutrze, spokojnie.

Stamtąd już tylko 16 mil do najbardziej na południowy wschód wysuniętego cypla Sycylii - Porto Palo. Porto nawet jest ale bardzo nietypowe, bo poza bardzo zapchanym nabrzeżem mnóstwo kutrów stoi na.... bojach ! Pierwszy raz widzimy wielkie kutry na bojach. Nie widząc innej opcji (poza kotwicą ) podpływamy do kutra na boi i pytamy się o mozliwość stania. Nie ma problemu, uprzedzają nas tylko, że wypływają o 3 w nocy i wtedy nas przewiążą do swojej boi. Kolejna przemiła ekipa rybaków. Kapitan kutra częstuje nas kawą, dzieci przyglądają się sortowaniu krewetek, wybierając przepiękne muszle z plątaniny małych rybek, ośmiornic i krewetek. Na koniec pracy zostajemy jeszcze obdarowani skrzynką krewetek. Przebieramy je do 23.00, potem się nimi objadamy. Pieczemy ciasto, którym częstujemy rybaków jak przychodzą na kuter o 03.00 nad ranem. Rybacy radzą nam zostać jeszcze jeden dzień (chyba mają jakiś 6 zmysł) z tym , że musimy bojkę opuścić na chwilę przed ich powrotem popołudniu żeby mogli stanąć. Zostajemy więc bo trochę wieje, płyniemy na brzeg i zwiedzamy miasteczko. Czuć już cywilizacją :-), nawet plac zabaw znaleźliśmy i domy bardziej nowoczesne. Rozwiewa się więc wracamy szybko do portu i już widzimy, że będzie bardzo trudno przepłynąc te 300 m, które nas dzielą od BIMSI na naszej dinghy. Fale są dość duże i wchodzą wprost do portu. Nie podejmujemy takiego ryzyka, ale wrócić musimy bo trzeba sie przestawić przed powrotem kutra. Dostrzegam wpływającą łodkę rybacką z dobrym silnikiem i macham do nich desperacko, podpływają do nabrzeża ale i im nie jest łatwo, zwłaszcza jak obrócili się bokiem do fali. Szybko ładujemy dzieci na skrzynki z rybami, doczepiamy z tyłu naszą małą dingy i tak nas transportują na BIMSI. Uff udało się. Nie koniec to jednak problemów bo musimy się przestawić, wiatr wieje już z 6 B, fale są bardzo duże. Kolejny miły rybak decyduje się nam pomóc. Podpływa na swojej łódce do wolnej boi, która jest cała zanurzona pod wodą i łapie linę mooringową i trzyma ją dla nas. Tak... my musimy tylko dopłynąc do niego jakieś 100 m i przejąc tą linę. Rzucamy mu nasze 2 cumy żeby połączył je z tamtą od boi. Pisze się to łatwo ale miło nie było jak 2 razy przy przekazywaniu tych cum stuknęły się nasze łódki, różnych wysokości, a on miał jeszcze jakis okrutny metalowy daszek , który nam wszedł pod reling, bo nie jest łatwo na takiej fali sie odepchnąć. Na szczęście udało sie bez większych strat przejąć linę od boi i uwiązac się na niej. Powiało tak jeszcze do wieczora i o 19.00 w ciągu 20 minut ucichło wszystko. Przed rozpoczęciem tej akcji zdążyłam jeszcze włączyć bajkę dzieciom, więc one na spokojnie przetrwały całą akcję. Piekielne miejsce, ale siła wiatru była nie przewidziana, chociaż tu podobno tak wieje.... często.

12 sierpnia jesteśmy w Syrakuzach, gdzie na kotwicowisku spotykamy ... Monsuna ! I naszych znajomych z Francji. Urządzamy sobie miły wieczór u nich na jachcie, dzieląc się wrażeniami z różnych stron Sycyli, bo oni opływali ją od północy. Na drugi dzień płyniemy na brzeg na zwiedzanie starej częsci Syrakuz - Ortigii. Wspaniała Katedra - Duomo zbudowana na filarach starej Świątyni Ateny, na placu przed katedrą futurystyczna rzeźba tonącej postaci mega rozmiarów (nos większy od naszej IDY). Włóczymy się wdychając klimat Syrakuz.

A silna bryza znowu przychodzi , oczywiście od strony morza. Powrót przed zachodem słońca niemożliwy bez dobrego silnika na dużym pontonie. BIMSI skacze na falach jak rączy koń ale się trzyma dzielnie. I znowu ok 19.30 wszystko cichnie, fala się wygładza i możemy wrócić na jacht. Ta sama sytuacja powtarza się następnego dnia. To chyba nie jest przypadek ? Znajdujemy Lidla i Sebastian robi wieczorne serwisy zakupowe po ustaniu bryzy. Z żalem żegnamy się z Monsunem ale czas nam płynąć dalej na północ tym razem.

Stajemy przed Catanią w Brucoli, gdzie po raz pierwszy mamy okazję podziwiać wyłaniającą się z chmur Etnę. Prawdziwe jej oblicze oglądamy dopiero jednak z zatoki pod Taorminą, w której stoimy na kotwicy kolejne 2 dni. W zatoce stoją na bojkach mega luksusowe jachty (koszt stania na takiej bojce dla naszego jachtu to 45 EU za noc !, więc nie wiem ile muszą płacić oni)

Obsługa jachtu serwuje im kolację i mogą podziwiać ten sam widok co i my ze skromnego pokładu BIMSI. I to jest fajne. Bojki tutaj są dość praktyczne bo jest bardzo głęboko blisko brzegu, my stoimy na 8 m i mamy dość blisko plażę, zasypaną kamieniami z lawy. Woda czysta i przejrzysta, dawno takiej nie widzieliśmy. Opuszczamy już Sycylię, jeszcze tylko przejście Cieśniny Mesyńskiej ale to zrobimy juz z włoskiego lądowego portu Regio di Calabria, a opowiemy w następnej części przygód BIMSI.

 

X. WYSPY EOLSKIE I NIE TYLKO. WŁOCHY.
18.08 - 30.09.2009.

18 sierpnia rano wypływamy w stronę Cieśniny Mesyńskiej, morze po wyjściu zza osłony Zatoki Taorminy wita nas dużym rozkołysem z wiatrem niestety przeciwnym. Dwie fale wchodzą nam na pokład zalewając przez luk śpiące jeszcze dzieci. Tzn. po falach już nie śpią :-) i nawet nam wybaczają niespodziewany, słony deszcz. Po przepłynięciu kilku mil po raz pierwszy obserwujemy ciekawe zjawisko, w pewnym momencie fale kończą się jak nożem uciął i przed nami pół mili zupełnie gładkiej wody ! Takie zjawisko obserwowaliśmy tego dnia jeszcze kilkakrotnie i domyśliliśmy się, że to już wpływ prądów z Cieśniny tak działa na morze. Niesamowite.

Wieje ok 5B i ciągle z dziobu, ten dzień więc nie zaliczał się do przyjemnych. 24 mile, które mieliśmy do pokonania zamieniły się po halsowaniu w dwa razy tyle. Późnym popołudniem dobijamy do nabrzeża w porcie Regio di Calabria i po raz pierwszy od 5,5 miesiąca stawiamy stopy na stałym lądzie (nie na wyspie).

Postój jest darmowy, za to mało komfortowy bo stoimy longsidem do nabrzeża a wpływające promy i statki robią silny rozkołys. Szarpie nas na wszystkich cumach.

Następnego dnia musimy wypłynąć rano o 06.00 bo na nasze miejsce ma przypłynąć jakiś statek. Nie jest to najlepsza pora na przejście Cieśniny ponieważ prąd rano jest właśnie z północy a nam by się przydał południowy, który ma się pojawić ok 15.00 tego dnia. Wiatr dalej przeciwny ale podejmujemy wyzwanie. Promy łączące Sycylię z portem włoskim San Giovanni kursują co 10 minut, poza tym ruch motorówek jest też duży. My jednak w pewnym momencie jakbyśmy stanęli :-). Około godziny trwała walka w jednym tylko miejscu aby przesunąc się chociaż o 0,2 mili. Full silnik, pełne żagle i stoimy.... jak zaczarowani. Woda drga jak przy wstrząsach elektrycznych. Fale dzikie, krótkie, ostro zakończone - to dość nietypowy widok. Uff, w końcu trochę prąd puścił i udało nam się pokonać magiczne 4 mile dzielące nas od wyjścia poza zasięg Cieśniny Mesyńskiej.

Omijamy port w Scilli, aby nie spotkać legendarnego potwora z Odysei Homera i płyniemy do portu w Bagnara de Calabria. Z informacji jakie mamy jest to port rybacki, posiadający nawet dwa kutry (Swordfish) do połowy mieczników. Wygląd ich jest niewiarygodny, więc przesyłamy zdjęcie.

Cumujemy przy małych kutrach, rybacy nie mają żadnych pretensji. Możemy chwilę postać. Zostajemy 3 dni. Jesteśmy w przepięknym Regionie Calabria, który jest niezwykle urokliwy. Niedoceniony ze względu na odległość, dopiero niedawno został połączony z Salerno za pomocą autostrady, która rozciąga się na wzgórzach, wysokich mostach, ginie co chwila w tunelach (to jej widok z morza). Samo miasteczko Bagnara jest dość duże, częściowo położone na soczyście zielonych i wysokich wzgórzach (śliczny widok po wysuszonym południu Sycylii).

Ładna, kamienista plaża i turkusowa woda (nawet w porcie jest przejrzysta na 8 m do samego dna). Jeszcze słówko o klimacie miasteczka. Przed każdym domem krzesełka a na nich rozsiada się cała rodzina, kuchnie są porobione na zewnątrz, otwarte na ulicę. Przed niektórymi domami stoją niewielkie rybackie łódki zamiast samochodów. Już chyba jako pomniki ale dodają uroku. Miasto promuje się mocno, co wieczór na głównym placu odbywają się przedstawienia, koncerty przez cały letni sezon.

21 sierpnia jesteśmy już w drodze na pierwszą w Archipelagu Wysp Eolskich - Wyspę Vulcano. Od stałego lądu dzieli ją i nas 40 mil morskich, płyniemy w piątek i jeszcze nie wiemy co nas czeka. Nie chodzi tu jednak o pech związany z wypłynięciem w feralny dla żeglarzy dzień tylko o początek weekendu. Już 15 mil przed wyspą czuje się duży ruch: promy, wodoloty, jachty motorowe różnego kalibru prują wodę (dla nas z "prędkością światła ", dla nich średnio 25-30 węzłów). Nie wieje i 13 godzin męczymy nasz silnik. Oby wytrwał ! Nazwa wysp pochodzi od nazwy Boga wiatrów Eola, ale miejscowi żeglarze powiadają, że Eol tu jednak głównie śpi:-).

Dopływamy do Vulcano i rzucamy kotwicę pod samym kraterem w zatoce Porto de Levante. Jachtów mnóstwo, ciężko znaleźć swoje kilkananście metrów na wypuszczenie łańcucha. Pojawia sie jeszcze kolejny problem - głębokość. Do 100 m od brzegu jest min. 18 metrów. Stajemy na 10. Woda mętna od siarki, sam wulkan dymi obficie (fumarole) i wszędzie czuć zapach siarki. Tylko smoka brakuje. Czujemy się egzotycznie, Igor zafascynowany, że jest pod prawdziwym "żyjącym" wulkanem. Zwiedzamy wyspę, którą mimo iż jest mała ale świetnie zorganizowana pod względem zaspokojenia potrzeb turystów. Kilka hoteli, supermarket, promy, które przypływają kilka razy dziennie, sklepiki z pamiątkami, kąpiele siarkowe i restauracje. Główną atrakcją jest wejście na krater wulkanu - ale w ten upał ? Jak to mówi Igor : "chyba sobie odpuścimy" tą przyjemność. No i ceny .... hm.

Następna wyspa na trasie - 4 mile dalej to Lipari - największa z Archipelagu. Do portu nawet nie próbujemy wpływać, ze stania na kotwicy przy miasteczku też rezygnujemy bo nie dość, że głeboko i jachty rzucają kotwicę na 40 m ( ile oni mają łańcucha ?!) to jeszcze rozkołys jest taki od przepływajacych w pełnym ślizgu motorówek, że talerze nam wypadają z półek. Płyniemy kawalek dalej i rzucamy kotwicę w mniej popularnym miejscu i już bez schodzenia na ląd oglądamy Lipari z wody.

Rano żegnamy ją bez żalu i dalej na Panarę - najmniejszą z wyspek ale za to znaną jako najbardziej exclusive i tzw. raj dla bogatych. Jest do niej kilka mil i zajmujemy rano miejsce jeszcze przed głównym ruchem porannym :-). Do czego to dochodzi żeby się prześcigać w rzucaniu kotwicy ? Faktycznie ok. godz 11.00 (niedziela) znowu jest już tłoczno. Zastanawialiśmy się na czym ma polegać fenomen tej wyspy, że tylko super bogaczy stać na zamieszkanie na niej i doszliśmy do wniosku, że to chyba utrudnienia mnożą koszty. Na wyspie nie ma wody, dróg, jedynie lądowisko dla helikopterów, więc wybudowanie tam nawet niewielkiej chałupki kosztuje miliony. Przyroda jest tam piękna, dzika, gąszcze opuncji porastają wzgórza, malownicze widoki roztaczają się z okolicznych pagórków. Pławimy się w tej atmosferze 2 dni i odpływamy obejrzeć "czarnego olbrzyma", czyli Stromboli - aktywny wulkan, który o swojej żywotności jako jedyny w Europie przypomina wszystkim co kilka minut. Podpływamy tam popołudniu i pierwsze co widzimy to kłęby dymu wydobywające się z krateru wraz z głośnym pomrukiem. Nie wieje, więc stajemy w dryfie jakąś milę od wyspy i delektujemy się erupcjami. Widać nawet wyrzucane przez wybuch kawałki kamieni, które po kilku minutach (wulkan ma wysokośc ok 1000 m ) staczają się, grzechocząc po zboczu i wpadają z pluskiem do wody. Myślę, że niektóre mogą mieć wielkość człowieka. Powoli zaczyna zapadać zmrok, jachtów na przedstawienie przybywa i wurzucana lawa staje się czerwona.

Po zachodzie słońca przypływają wycieczkowce, zagłuszając swoimi silnikami pomruki Stromboli ale za to świetnie słychać komentarze włoskiej przewodniczki : grande eruptione i piccolo eruptione :-) . Igor i Ida są zafascynowani i każdy kolejny wybuch witają okrzykami, naprawdę chce się krzyczeć bo widok jest niesamowity.

Ok 2200 zaczynamy odpływać bo i tak nie ma gdzie kotwiczyć bo głębokości są bardzo duże, a podpływać bliżej wulkanu nie ma co ..... , zresztą po ciemku szukać miejsca to nie najlepszy pomysł. Mamy 55 mil do przepłynięcia do portu Cetraro na lądzie włoskim. W 40 stopniowym upale dopływamy do Cetraro, port w budowie okazuje się portem wybudowanym i znowu stajemy przy nabrzeżu koło rybaków. Udało się i nikt się nie czepia. Uzupełniamy zaopatrzenie bo buszując po wyspach od nielicznych sklepów trzymaliśmy się z daleka. Płyniemy teraz zdecydowanie na północ, portów nie ma zbyt wiele więc liczymy na kotwicowiska. Fajne miejsce znajdujemy przy Wyspie Dinozaurów (Isola di Dino), w osłoniętej zatoce znajduje się bojkowisko, jakieś 200-300 obiektów pływających różnego kalibru, w tym kutry rybackie. Za zgodą jednego z autochtonów cumujemy przy niewielkim wycieczkowcu. Zatoka otoczona plażami, za nimi góry a gdzieś tam w głębi jakaś cywilizacja, niewidoczna z morza. Kolejna fajna sprawa, rybacy dowożą ryby z kutrów ... rowerami wodnymi ! Tu kończy się region Calabria i dalej zaczyna sie region Basilicata, gdzie kotwiczymy w rajskiej Zatoce Palinuro. Coprawda znowu trafiamy na weekend i tysiące włochów wypływa czym się tylko da ( ale głównie wypasionym jachtami motorowymi) na weekend. Zatoka jest duża, kilka plaż, więc tłoku tak mocno nie czuć i każdy znajduje kawałek dla siebie. Tu też za plażami wznoszą się wzgórza z niesamowitymi jaskiniami. Do niektórych, rajskich plażyczek można dotrzeć tylko od strony wody i całe flotylle turystycznych łódek przybywają tu z klientami (oczywiście przy takim zagęszczęniu raj trochę się zmniejsza aczkolwiek jest pięknie i tak). Rozpalamy w jednej z plażowych jaskini ognisko i bawimy się z dziećmi do późnej nocy.

Dalej na północ, chcemy zwiedzić Pompeje i Neapol ale wszyscy odradzaja nam wpłynięcie do Neapolu, więc stajemy w Agropoli, w regionie Campania. Fajny port, kilka darmowych miejsc dla transit boat, znajdujemy pociąg, którym jedziemy na cały dzień do Pompei. I to jest jak objawienie ! Żadne wcześniejsze ruiny nie zrobiły na nas takiego wrażenia, odkopane miasto, w którym czas się zatrzymał na kilka tysięcy lat. Spacerujemy cały dzień po kamiennych ulicach, zaglądając do różnych domów, odpoczywając w cieniu świątyń i teatrów. Nasze dzielne dzieci nie marudziły zbytnio, na Igorze największe wrażenie zrobiły chyba skamieniałe w popiele postacie ludzkie i pies. Zajrzeliśmy nawet do ówczesnego Domu Publicznego z kamiennymi łożami i sugestywnymi rysunkami na ścianach. Mnóstwo rzeczy nieorganicznych, m.in.malowideł,naczyń przetrwało w doskonałym stanie w całym mieście.

Podczas pobytu w porcie w Agropoli okazało się, że niekoniecznie port jest bezpiecznym miejscem dla łódki. Sąsiadujący z nami jacht odpływając pewnego poranka zahaczył o naszą linę od kotwicy, którą mieliśmy rzuconą z rufy. Najgorsze było to, że gdyby nie było nas wtedy na jachcie wyrwałby nas od nabrzeża bo załoga tego jachtu wcale nie zauważyła, że o coś zahaczyła ! Gwałtowne szarpnięcie wywołało nas na pokład i okrzykami zatrzymaliśmy ten jacht, po czym jeden z załogantów po usłyszeniu co się stało, z rozbrajającą szczerością zapytał : "to co ja mam zrobić ?" Skończyło się na nurkowaniu z ich strony i odplątaniu naszej cumy z ich kila, śruby czy o co tam była zaczepiona. Uff.... Z Agropoli zwiedzamy jeszcze rowerami Paestum, zostawiając sobie Neapol na następną wyprawę.

Aby ominąć Zatokę Neapolitańską postanowiliśmy popłynąć znowu w stronę wysp, mijamy piękną Capri - bo cenowo to chyba nie dla nas tamtejsze porty i zatrzymujemy się na mniejszej Procidzie przy Ischii. Też piękna i warto ją zobaczyć. Kiepska pogoda zatrzymuje nas tu na kilka dni nieplanowanego postoju. Wyspa Procida jest tak niewielka, że przy zmianie kierunku wiatru łatwo i szybko można ją opłynąć i stanąć po zaciszniejszej stronie. Robimy tak trzykrotnie bo wiatry kręcą trochę. Sama wysepka posiada 3 niewielkie porty, pełną infrastrukturę do życia łącznie z komunikacją autobusową. W 2 godziny jednak na piechotę można przejść z jednej strony wyspy na drugą. Życie toczy się tu spokojnie, widać że sezon turystyczny powoli się kończy, część knajpek już pozamykana, plaże nie oblegane zbytnio. Stary port rybacki jest bardzo malowniczy a wznoszące sie zaraz przy ulicy zabudowania przypominają z wyglądu grecką infrastrukturę.

09 września opuszczamy Procidę, pogoda się poprawiła trochę i bierzemy kurs na kolejną wyspę poncjańską Ventotene. Wyspę Ischia zostawiamy po lewej burcie, zniechęceni do odwiedzenia jej codziennymi pożarami, które obserwowaliśmy z naszej zatoczki na Procidzie. Wysepka Ventotene jest jeszcze mniejsza od Procidy, 2 mile przed nią znajduje się jeszcze mniejsza San Stefano, która w dawnych czasach służyła za zamknięty karcer i więzienie, teraz jest udostępniona turystom do zwiedzania. Na Ventotene znajdują się 2 porty, stary i nowy. Ze względu na kierunek wiatru nowy wydaje nam sie bardziej bezpieczny i wpływamy do niego. Prawy falochron został przerobiony na miejsca płatne (6 eur za metr/noc ) ale miły człowiek z portu wskazuje nam miejsca darmowe kawałek dalej, gdzie można stanąć longsidem. Stajemy i idziemy na zwiedzanie wyspy. Wracamy pod wieczór, wiatr już mocno wieje i to niestety w stronę wejścia do portu. Bimsi skacze na cumach jak rączy koń, dodajemy kolejne cumy zaczepione o kabestany bo w knagi są koszmarnie obciążone. Fala wchodziła równolegle do falochronów i huśtawka była naprawdę niezła, na szczęście wiatr odkręcił koło 1 w nocy i powoli zaczęło się uspokajać. Postanowiliśmy zaczekać jeszcze jeden dzień i odespać nieprzespaną noc i ...... spokojnie było ale znowu tylko do wieczora. Powtórzył się schemat z poprzedniej nocy tylko wiatr był lekko silniejszy. Mroczne miejsce - przypomniał sie nam film "Od zmierzchu do świtu" tylko w scenerii morskiej. Rano szybko zwijamy się nie czekając już na kolejną upojną noc. To samo robi załoga na holenderskim jachcie, który stał przed nami i wspólnie w nocy oglądaliśmy sobie cumy :).

Płyniemy na Wyspę Ponza, wiatr dobry, niesie nas aż do godz. 16.00. Włączamy silnik, który po kilku minutach robi stop. Na szczęście wiatr znowu się zrywa i jakoś halsujemy w stronę Ponzy. Sebastian próbuje naprawić silnik, wymienia filtry ale nie one są przyczyną zastopowania silnika. Dopływamy do Ponzy bez silnika, wpływamy pod wiatr do zatoki, rzucamy kotwicę i oddychamy z ulgą. Nie na długo niestety. Po 15 minutach wiatr odkręca o 180 stopni i zaczyna wiać dokładnie od strony morza. Fale wchodzą do zatoki, duże, coraz większe a my bez sprawnego silnika..... wachtujemy na wszelki wypadek. Na szczęście kotwica trzymała mocno i nie drgnęliśmy ani na centymetr. Rano udaje się przeczyścić przewody paliwowe i silnik zastartował. Podnosimy czym prędzej kotwicę i porzucamy bez żalu Wyspy Poncjańskie.

Znowu wracamy na ląd - kierunek Fiumiczino. Pogoda dobra, wiatr z rufy, doba płynięcia za nami, o świcie witamy "tereny podrzymskie". Okrutnie tam płytko, od kilku godzin płyniemy po wodzie nie głębszej niż 15 metrów - typowo bałtyckie odczyty na sądzie :). Woda na wejściu do kanału portowego zielona, niebo granatowe bo od nocy na Navtexie same prognozy burzowe i w końcu jedna nas łapie przed samym wejściem. Stajemy w kanale Tybru przy nabrzeżu, bo aby wpłynąć dalej do portów-stoczni (tzw.shipyardów) trzeba poczekać aż otworzą 2 mosty. Okazuje się że mamy cały dzień bo otwierają je dopiero o 19.00. Wieczorem stoimy już przy trawiastym nabrzeżu przy jednej ze stoczni zawołani przez znajomego Szweda, którego poznaliśmy na Menorce - cóż za spotkanie! Kolejne dni w Fiumiczino upływają spokojnie na zakupach, żeglarskich opowieściach i zwiedzaniu okolicy. Miejsce postojowe jest bardzo dobre, trochę takie mazurskie bo stoimy na słodkiej wodzie i pachnie jeziorowo. Opłaty są umiarkowane, płacimy 20 EUR za 4 doby postoju, więc nie uszczupla to zbytnio naszego budżetu. Ze względu na stan techniczny mostów (zwłaszcza samochodowego) ograniczona jest częstotliwość ich otwierania i czekamy te 4 dni na kolejne otwarcie, które wypada 17 września.

Pogoda jest średnia, wieje wszędzie sztormowo, burze codzienne to już standard. Czyżby naprawdę Morze Tyrreńskie we wrześniu takie było niełaskawe ? Pamiętam z zeszłego roku jak byliśmy akurat w tym czasie jeszcze na Rodanie to tylko raz powiał Mistral 3 dniowy a potem pogoda była dobra. My wpływamy teraz na część północną Tyrreńskiego a wieje najbardziej na południowym Tyrreńskim, Sycylii i Sardynii.

Planowaliśmy dłuższy skok z Fiumiczino na na wyspę Giannutri, ale morze nie było zbyt łaskawe i wieczorem musimy zmienić kurs i odbić na Civitavecchię bo znowu wszystko było z dziobu i wiatr i fale. Z falami to dziwna sprawa bo wiało przez kilka dni z południa a rozkołys i fale po odpłynięciu 10 mil od brzegu były z północnego-zachodu. Omijamy po ciemku stojące na redzie statki przed Civitavechią i wpływamy do mega portu. Przypominamy sobie jak kiedyś wpływaliśmy tu na Pogorii, ale trochę się od tego czasu zmieniło. Na szczęście jest jasno i szeroko na manewry nocne. Stajemy w jednym z ostatnich basenów, w miejscu poleconym nam przez Holendrów z Ventotene.

Dopływamy na następny dzień do Giannutri (pierwszą z wysp toskańskich), wyspa jest zamieszkała przez letników dopiero od kilku lat. Wpływamy do jedynej zatoczki (bardzo malutkiej), w której można rzucić kotwicę na głębokości mniejszej niż 10 m. Niestety okazuje się ona tak wąska, że po wypuszczeniu 30 m łańcucha, w przypadku zmiany kierunku wiatru możemy wylądować na skałach. Można by popróbować przywiązania się do skały i rzucenia kotwicy ale tylko pod warunkiem jakbyśmy byli pewni kierunku wiatru. A te włoskie prognozy coś nijak się mają do rzeczywistości, może to wpływ tych wysp... Próbujemy rzucić kotwicę w szerszej zatoce obok i znajdujemy miejsce na 11 metrach ale przynajmniej jest więcej przestrzeni. Za nami jednak wystają małe skałki z wody, ale wieje od lądu czyli z północy zgodnie z prognozą. Taaaa..... wiało tak do 03.00 i wiatr się odkręcił na całkowice przeciwny. Do rana już pilnowaliśmy i skoro świt zobaczyliśmy że na wyprężonym łańcuchu siedzimy 10 m od wystających z wody skał, Sebastian zarządził szybkie podniesienie kotwicy i odpłynięcie :-) I jak tu się wyspać?

10 mil do Płw. Argentario do miasteczka San Stefano, droga upływa spokojnie, pogoda ładna. Szukamy miejsca i znajdujemy je w porcie przy nabrzeżu dla dużych jachtów motorowych, gdzie po uzyskaniu zgody w Kapitanacie możemy postać bezpłatnie 2 dni. Zwiedzamy miejsca, gdzie byliśmy jakieś 10 lat wcześniej na Pogorii. San Stefano jest bardzo sympatycznym miejscem, miasteczko zbudowane na wzgórzu, malownicza infrastruktura, dużo zieleni. Warto tu zajrzeć w wolnej chwili :-).Postanawiamy początkowo nie korzystać z 2-dniowej gościnności Kapitanatu i wypływamy o 5 rano (ciemno jeszcze) następnego dnia. Kurs na Elbę, jednak poranek zamiast robić się coraz jaśniejszy, ciemnieje. Chmury zakrywają szybko okoliczne wyspy, wyspa Giglio ginie za granatową masą, a za nami już nie widać nawet San Stefano. Błyskawice często rozjaśniają ten ponury krajobraz co wcale nie dodaje nam otuchy. Wyraźnie burza nas goni i raczej nie damy rady jej uciec, więc po 1,5 godzinie płynięcia zawracamy wykorzystać 2 nocleg :-). Czyżby już naprawdę skończyło się lato na Sródziemnym, deszcze i burze to domena polskiego klimatu we wrześniu ale tutaj ?

Elba to trzecia co do wielkości włoska wyspa. Dopływamy do niej umykając przed kolejną burzą, bo na Navtexie wciąż komunikaty "....LIGURIAN SEA , NORD THYRENIAN SEA THUNDERSTORMS...". Wiatr z kierunku NE, więc zamiast do nieosłoniętego przy tym wietrze Porto Azurro płyniemy do Zatoki Stella. Rzucamy kotwicę i zdążamy jedynie dopłynąć do plaży bączkiem i pobawić się z dziećmi 15 min gdy kolejne ciemne chmury zasnuwają niebo a grzmoty i błyskawice dają wyraźne znaki o tym co za chwilę się będzie działo. Uciekamy na BIMSI już w pierwszych kroplach deszczu. Pozostają gry pokładowe wieczorem: warcaby, chińczyk, monopol :-). Kolejny dzień za to dość pogodny, zwiedzamy trochę Elbę, która zaskakuje nas pięknymi plażami, zielenią, ogromną ilością campingów. Trochę przypomina to klimat na Płw. Helskim. Ale już i tu czuć posezon, wielu turystów już się zwinęło, na plażach dużo miejsca. Zwiedzamy na Elbie jeszcze Zatokę de Campo i płyniemy w stronę ostatniej wyspy włoskiej Capraia - na trasie do Francji.

Wiatry znowu NE, więc nie pozostaje nam nic innego jak podpłynąć pod najbardziej chyba skalistą część wyspy Capraia i w niewielkiej zatoczce Moreto rzucić kotwicę. Znowu głeboko i dość skaliście naookoło ale klimat jest nieziemski. Brak jakichkolwiek zabudowań, skały wysokie na kilkaset metrów, wąwóz zasypany kamieniami. Udaje nam się przejść tym wąwozem na wyższe partie. Niestety spacer dalej nie jest możliwy ze względu na roślinność, która z dołu wydawała się trawą a naprawdę jest krzakami, sięgającymi nam do kolan a dzieciom do pasa (zwłaszcza Idusi !). Dzieci przed wyprawą narysowały swoje mapy, żebyśmy się nie pogubili :-). Kotwiczący obok nas czarterowi żeglarze z Niemiec, przyglądają nam się z niedowierzeniem (chyba chodziło o dzieci, że ich tak ciągamy po tych skałach) a potem obserwują przez lornetkę czy nie spadamy.


ŻEGNAJCIE WIĘC WODY WŁOSKIE .....!
Od rana płyniemy już na Korsykę, której górzysta powierzchnia mocno wystaje ponad poziom morza. Pogoda .... no jaka może być ? Wietrzna i rozfalowane morze ! Na szczęście dajemy z wiatrem, więc dzieciaki nawet nie zauważają że płyniemy z prędkością małej motorówki. Groźny i majestatyczny wita nas Cap Corse, którego opływamy aby schować się po zawietrznej. Stajemy w kolejnej zatoce poleconej nam przez Holendrów z Ventotene i zmieniamy flagę pod prawym salingiem z zielono-biało-czerwonej na niebiesko-biało-czerwoną. WITAJ ZNOWU FRANCJO ! Mamy już zapowiedzianych pierwszych gości z Polski na wybrzeżu francuskim, więc zadowalamy się tylko zwiedzeniem Cap Corse a nie dalszych partii wyspy. Woda jednak nadal ciepła, więc plażujemy całe popołudnie i wieczór. Odkryliśmy, że to też wspaniałe miejsce do nurkowania, widoki są bajeczne, skały, uskoki, jeżowce, ławice ryb, kolorowo i tajemniczo. Na wzgórzach widać więcej turystów w porównaniu z pustymi zboczami włoskimi na wyspach. A może tak akurat trafiliśmy. Ciężko generalizować i wydawać opinię po chwilowym pobycie w jednym miejscu, a może za kilka dni się coś zmieni ?

25 września, po sprawdzeniu prognozy wypływamy w nasz ostatni na tej trasie dłuższy odcinek - 90 mil aby dopłynąć do wybrzeża Francji, do przylądką Cap Ferrat na Lazurowym Wybrzeżu. Bywały lepsze prognozy na dobowe przeloty, ale trochę boimy się czekać bo bardziej wyglada, że za kilka dni będzie wiało mocniej niż słabiej. Na Navtexie pokazują max 6B, czyli da się płynąć. Porównując jednak do innych warunków to te były zdecydowanie najmniej przyjemne, wiało bardzo mocno, na szczęście głównie z baksztagu i połówki, fale największe były w nocy (i dobrze żeśmy ich nie widzieli), dzieci spały w poprzek forpiku aby uniknąć turlania się jedno na drugie bo przechył był spory. Szliśmy prawie cały wieczór i noc na skrawku genui, mając na gps 5,5 węzła prędkości. A to dość dużo jak na małą łódkę na bardzo malutkim kawałku żagla. To była jedna z najdłuższych nocy w naszym rejsie ... Z ulgą powitaliśmy nad ranem ląd rozjarzony jeszcze światłami Monaco i Nicei.

O 11.00 kołyszemy się już spokojnie na kotwicy w prześlicznej Zatoce Villefranche, pogoda cudowna, woda i niebo lazurowe zgodnie z obietnicą z przewodnika :-). W zatoce stoi około 200 jachtów żaglowych i motorowych, zielone wzgórza otaczają nas z 3 stron, zatoka jest świetnie osłonięta od wszyskich wiatrów północnych, czyli najbardziej prawdopodobnych w tym rejonie. Chociaż wyjątek stanowi regułę, bo na pobliskiej plaży widzimy wyrzucony jacht na brzeg, którego musiały wypędzić tu fale z południowej strony.

Znowu weekend i widać, że i Francuzi lubią pożeglowac, bo dużo ich pojawia się obok nas. Największe jednak motorowe jachty to bandera angielska. Korzystamy znowu z letniej pogody bo taka właśnie jest, przepiękne słońce grzeje nas przez następne kilka dni. W okolicy jest co zwiedzać, same miasteczka Villefranche, Banlieu i Saint Jean Cap Ferrat są perełkami tego wybrzeża. I w końcu czysto... jednak jest różnica w porównaniu do Włoch ... Cenowo, może ciut droższe warzywa i owoce ale to chyba cecha bogatego regionu, poza tym w supermarketach podobnie jak wszędzie bez specjalnej różnicy a za to jaki wybór. Znowu możemy wrócić do diety serowej, pasztety, wino francuskie kusi z półek... Bagietek już nie kupujemy bo od Altei w Hiszpani pieczemy własny chleb. I jest super !

Niski sezon we Francji w portach zaczyna się już od października, płyniemy więc sprawdzić ceny i warunki do portu w St. Laurent du Var pomiędzy Niceą a Antibes. Są niezłe, dużo niższe niż w Hiszpani a serwis podobny. Cumujemy w porcie i odpoczywamy po dłuuuuugim sezonie żeglarskim :-) na morzu.

I chyba tak myślę tu pozimujemy, popracujemy nad konserwacją i odnową BIMSI bo to jej się należy po 1,5 rocznej eksploatacji. I co dalej ? Trzeba powoli zacząć myśleć o powrocie do Polski, do rzeczywistości, jak to mówią życzliwi - "...bo już czas żebyście wrócili do normalnego życia.." . A czy żyliśmy jakoś nienormalnie? Może trochę odbiegało to od ogólnie przyjętego stereotypu ale czy tak nie można trochę pożyć ? WIERZCIE MI MOŻNA !!!! I JEST SUPER !!!

 

XI. ZIMOWANIE. FRANCJA - LAZUROWE WYBRZEŻE. 01.10.2009 – 31.03.2010.
 

Mam wrażenie, że czas w cieplejszym klimacie śródziemnomorskim upływa szybciej niż gdzie indziej. Ledwo przypłynęliśmy do Portu St Laurent du Var 1 października, okazuje się, że jest 30 marzec, kończy się niski sezon i może należałoby pomyśleć o powrocie ?
Nasza BIMSI jeszcze nie trafiła na nowego właściciela więc w związku z rozpoczęciem sezonu żeglarskiego na Śródziemnym  postanowiliśmy jeszcze zostać troszeczkę i spróbować jeszcze przez miesiąc kwiecień wystawiać ją tutaj i w Polsce na sprzedaż.
 
Pół roku na Lazurowym Wybrzeżu – fantastyczne, chociaż pod względem klimatycznym dużo chłodniej niż w zeszłym roku w Hiszpanii. Wszyscy rodowici południowcy z Francji twierdzą, że takiej zimy nie było tutaj od 40 lat. I akurat musieliśmy na nią trafić. Nie było jednak tak źle, październik to jeszcze było lato, listopad ciepła jesień a w grudniu temp nie spadała poniżej 
10 stopni w dzień i to też rzadko. Styczeń przyniósł trochę wiatrów i sztormów, w lutym popadało, raz nawet pośnieżyło w marcu zaś zakwitły mimozy i magnolie i wiosna już jest.  
 
Ale najpierw kilka słów o tym jak tu jest. Port St. Laurent du Var jest następnym portem za Niceą na zachód. Lotnisko nicejskie znajduje się 3 km od portu, więc odbieraliśmy wszystkich przylatujących gości na piechotę. Saint Laurent du Var jest jednym w ciągu nadmorskich miasteczek w rejonie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Od Monaco zaczynając, poprzez Niceę, Antibes rozciąga się linia francuskiego Lazurowego Wybrzeża  aż do Cannes. Najbardziej ekskluzywny rejon, nazywany przez autochtonów szóstką (wszystkie miasta rejonu mają kod pocztowy zaczynający się od 06....).
No, ale jak tu jest: słonecznie, bogato, bardzo czysto, mocno turystycznie, chociaż w sezonie zimowym da się wytrzymać. Najliczniejsze grupy obcokrajowców, którzy upatrzyli sobie to miejsce na mieszkanie i prowadzenie interesów to : Rosjanie, Włosi i Polacy. 

Naszych rodaków spotykaliśmy bardzo często, właściwie już pierwszego dnia w Beaulieu natknęliśmy się na kilku młodych mężczyzn, pracujących w stoczniach portowych jako podwykonawcy z Polski. To oni pierwsi opowiedzieli nam o słynnym Polaku, który pracuje w stoczni Monaco-Marine w St. Laurent du Var.  Tak, to prawda  Eugena znali z branży prawie wszyscy w St. Laurent. Po zainstalowaniu się w porcie poszliśmy i my również się z nim zapoznać. Znaleźliśmy go na jego jachcie w czasie przerwy na lunch.  Pan Gienek – bo tak brzmi polska wersja Eugena, okazał się niesamowicie miłym, uczynnym i sympatycznym człowiekiem. Jego historia, którą poznawaliśmy w czasie kolejnych spotkań u nas na pokładzie pokazała po raz kolejny jak barwni ludzie są na świecie, którzy nie boją się nowych wyzwań, krajów i języka. Eugene mówił świetnie po francusku.  Z żoną - Panią Czesią sami mieszkali kilka lat na jachcie, zanim kupili własne mieszkanie tu na wybrzeżu. Po więcej szczegółów trzeba samemu tu przypłynąć i posłuchać …. :-).
W pierwszych dniach pobytu złapał nas mailem, a potem na skypie Marek z Monaco. Razem z żoną Dorotą czytali nasze relacje na tej stronie (tak, tak i w niektórych księstwach  serwis Don Jorge'a jest popularny) i odezwali się do nas. Na początku co prawda mieliśmy  skrytą nadzieję, że może przyjeżdżają w celu obejrzenia naszego jachtu aby go kupić ale szybko ta znajomość okazała się tak fantastyczna, że szkoda by było jakby się skończyła na kupnie jachtu a my byśmy musieli wracać w październiku do Polski. Więc nie żałowaliśmy :-). Dzięki Maćkowi, ich synowi, Sebastian miał możliwość popracowania przez kilka miesięcy na 45-metrowym, luksusowym jachcie motorowym w Monaco. Dzięki za to Maćku! 
Nie mogę też nie wspomnieć o Malice i jej rodzinie. Poznaliśmy ich na placu zabaw
(bo gdzieżby indziej zawiera się najlepsze znajomości ? ) i fluidy międzyludzkie  zadziałały, przez kolejne 3 miesiące spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu. Rodzice Maliki – Mariusz i Kristina i jej malutka siostra Maja mieszkali w Cagnes sur Mer (następna miejscowość za St. Laurent du Var) w starej francuskiej willi. Mariusz jest pilotem – kapitanem na pokładzie transportowego samolotu, który z ramienia bardzo znanej firmy przewozowej  kursował w tym czasie pomiędzy Niceą a Marsylią a Kristina z wykształcenia polonistka, urodzona w Kirgistanie chwilowo przebywała na urlopie wychowawczym i tym samym cała rodzina miała okazję być razem, może trochę na walizkach pomiędzy Francją, Norwegią, Kirgistanem a Polską. Nasze dzieci od razu stworzyły zgraną drużynę z 5-letnią Maliką i równie zgraną opozycje w stosunku do 1,5 rocznej Mai, która wszędzie za nimi dreptała.

W czasie tutejszej jesieni i zimy wypływaliśmy kilkakrotnie pożeglować bo mimo wszystko zdarzały się fantastyczne warunki.  Temperatury wody nie spadała poniżej 14 stopni, więc i kąpiących przez cały sezon nie brakowało. Ale przeważnie byli to jednak zaprawieni tubylcy w wieku min. 60 lat. Poważnie !
My pływaliśmy po przepięknej Zatoce Baia des Anges, do Antibes i z drugiej strony wokół przylądka St. Jean Cap Ferrat.  Ale bywały też tygodnie, gdzie sztormy zaczynające się w Zatoce Lwiej rozpędzały się aż pod Baleary i uderzały potem z całą swoją siłą 10-12 B w Korsykę i Sardynię. Przy okazji i nam się dostawało, co prawda silny wiatr rzadko tu docierał ale rozkołysane morze potrafi siać zniszczenia wszędzie.
Pierwszy taki sztorm zdarzył się na początku listopada, gdzie byliśmy świadkiem niszczącej siły fal w zatoce Villefranche. Historia jest ciekawa, więc ją przytoczę. We wrześniu na kotwicy kołysał się koło nas przepiękny 13 metrowy jacht o wdzięcznej nazwie „Lady Nina”. Opalając się w kokpicie podziwialiśmy jego piękna linię, lekko zazdroszcząc właścicielom. W listopadzie podczas sztormu Sebastian przejeżdżając rowerem w Villefranche widział ten piękny jacht leżący na lewej burcie, opartej na betonowym falochronie. Fale uderzały w niego bezlitośnie a Lady Nina  podrywana każdą z nich powiększała swoje „rany”. Z brzegu nie widać było większych uszkodzeń, takielunek wciąż trwał na miejscu.  Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że właścicieli nie było wtedy na jachcie i akcję ratunkową zorganizowano jak już morze się wygładziło. Popłynęła po niego wyspecjalizowana jednostka, nurkowie napełnili powietrzem specjalne pływaki, które miały unieść jacht na tyle aby uszkodzenia lewej burty znalazły się ponad poziomem wody. Miało to pozwolić na bezpieczne doholowanie jachtu do stoczni przy Porcie St. Laurent du Var. Coś tam jednak nie wyszło z obliczeniami i Lady Nina szybciutko zatonęła. Akcja ratunkowa weszła więc w kolejną fazę, wydobycia jachtu z dna. Pogorszyło to niestety jej stan, bo jak przedtem była tylko uszkodzona i lekko zmoczona w środku, to teraz zalane było już wszystko.  Udało się im ją wyłowić, podłożyć więcej pływaków i doholować do stoczni. W takim stanie zobaczyliśmy ją po raz kolejny. Dalej zachowała całą swoja linię, prawa burta nietknięta, dziób i rufa , cała, „jedynie” w lewej burcie widniała duża dziura, tak mniej więcej 1,5 m/1 m.  Jacht stał miesiąc czekając na „wyrok” bo właściciele czekali na wycenę szkód, kwoty ubezpieczenia i wycenę ze stoczni ewentualnej naprawy. Przy okazji dodam, że francuscy ubezpieczyciele (nie wiem może inni też ) nie są łaskawi w przypadkach jeżeli jacht się zerwał z kotwicy, wylądował na brzegu i nie było w nim nikogo. Znaczy to tyle, że jacht był bez opieki w miejscu nie strzeżonym, więc ryzyko wypadku przechodzi w takiej sytuacji z ubezpieczyciela na właściciela jachtu. Ileś tam euro uda się odzyskać do pełnej kwoty ubezpieczenia jest daleko. Naprawa została wyceniona na 100 000 E przez stocznię, z decyzji właścicieli wnioskuję, że z ubezpieczenia dostali dużo mniej bo zdecydowali się jacht oddać do kasacji. Straszne, prawda ? Stała tam, taka piękna i dumna Lady Nina z wyrokiem ostatecznym. Nie ukrywam, że bardzo nam się ona podobała. Przez P. Gienka w stoczni dowiedzieliśmy się, że można ją odkupić.  Takie jachty tak naprawdę przed kasacją chodziły za bezcen bo cała decyzja leżała w rekach człowieka, który się taką kasacja zajmował. Twierdził on jednak, że likwidację ubezpieczalnia wyceniła na 8 000 E a on znalazł już też klienta na takielunek za kolejne 7 000 E. Może jednak sprzedać całość za 15 000 E.  Mało - Dużo ? Niby mało  bo takie jachty  warte są ok 200 000 E !  I nie mówimy tu o nowych. Dla nas jednak dużo. Postała więc w stoczni kolejne 2 miesiące aż specjalista od kasacji się nią zajął. Żal było patrzeć jak każdego dnia jej ubywało aż..... zniknęła w wielkim kontenerze w kawałkach nie większych niż metr na metr. 

Dobrze, że nie wszystkie jachty lądujące na brzegu tak kończą ….

Lazurowe Wybrzeże w przeciwieństwie do Altei, było miejscem gdzie cały czas coś się działo.  Miasteczka były położone koło siebie, każde miało swój program artystyczno-kulturalny, z którego można było korzystać. Imprezy takie jak Fete de la Chatagne czyli Święto Kasztana,   
spektakle dla dzieci w teatrze, Karnawał w Nicei, Święto cytryn w Menton czy otwarcie sezonu na Hippodromie Cote d'Azur nie pozwalały na nudę nawet zimą.  Fantastyczna komunikacja w całym rejonie, wszędzie można było dojechać na jeden bilet za 1 EU !. Cóż za wspaniały wynalazek i nie było istotne czy jedzie się 5 km do centrum Nicei czy 35 do Cannes , tylko 1 EU, a dzieci do lat 5 nie płacą w ogóle. Rewelacyjna sprawa, zwłaszcza przy rzeszach turystów, dla których taki system jest  wielkim uproszczeniem. Razem z naszymi gośćmi, którzy przylecieli  i przyjechali nas odwiedzić, mieliśmy okazję zwiedzić całe wybrzeże. 

Kilka słów o portach, które są w okolicy. Co do ich ilości, można być pewnym, że jest to jedno z bardziej zagęszczonych pod tym względem wybrzeży Europy. Prawie każda miejscowość posiada swój port, czasami nawet dwa. Większość ich jest bardzo zatłoczona i na pytanie telefoniczne, czy mają jakieś miejsca na sezon zimowy przeważnie słyszeliśmy odpowiedź – nie. Sytuacja zmienia się trochę, jak przyjdzie się na miejsce, bądź przypłynie do portu osobiście, tzn porty są dalej zatłoczone ale jakieś miejsce na kilka miesięcy przeważnie można wtedy znaleźć. Przekonaliśmy się o tym w kilku portach, gdzie byliśmy osobiście a wcześniej dzwoniliśmy. Zawsze jakieś miejsce się znajdowało. Wysyłanie maila, to już całkowicie strata czasu.  Ceny w portach mniej wypasionych powiedzmy w kategorii max. Charge Band 3, oscylowały ok 200 EU za miesiąc (w okresie październik-marzec). Elektryczność, woda na kei, prysznice, toalety. Internet płatny dodatkowo.
W Saint Laurent du Var znaleźliśmy miejsce za cenę mniej niż 200 EU i tu zostaliśmy na kilka miesięcy. Przy porcie znajduje się stocznia Monaco-Marine, gdzie można dokonać napraw, remontów ale opłaty za to są bardzo wysokie. Prace niezbędne wykonaliśmy więc sami, takie jak malowanie pokładu, czyszczenie burt, konserwację sprzętu niezbędną do dalszej żeglugi. Na wyciąganie łódki, mycie i malowanie dna zdecydowanie polecamy miejsca mniej ekskluzywne, czyli bliżej Doliny Rodanu, np. Port a Sec Marritima w Martiques, gdzie za te same usługi płaci się 1/3 „lazurowej” ceny.  Tam też zamierzamy wylądować jak jednak nie sprzedamy BIMSI aby poprawić jej „ślizg” po wodach słodkich, zwłaszcza pod prąd Rodanem. Ale może jednak nie trzeba będzie.....


 

XII.  POWRÓT BIMSI. OD NICEI, PRZEZ RODAN DO FOUCHECOURTU. 29.04-10.07.2010

To już  naprawdę ostatnia część z rejsu BIMSI. 14 czerwca minęło 2 lata jak jesteśmy w podróży i chyba już czas wracać, chociaż nie powiem, żal nam.... Ale mam nadzieję, że kolejne rejsy przed nami. Jako, że ten ostatni etap też był ciekawy pozwolę sobie podzielić się z Wami naszą relacją. Opuściliśmy nasz wygodny i sympatyczny port w St. Laurent du Var w ostatnich dniach kwietnia i wyruszyliśmy z pomyślnym wiatrem na zachód w stronę Marsylii. Za nami szybko zostaje Zatoka Aniołów (Baia des Anges), Płw. Antibes z niewiarygodnie wypasionymi willami rosyjskich milionerów, kolejno piękna Golfe Juan i Golfe Napoule. Na pierwszy nocleg łapiemy boję na fantastycznie zorganizowanym bojkowisku w Rada d'Agay niedaleko Frejus. Sezon jeszcze się nie rozpoczął, więc bojki są darmowe. W sezonie za jacht do 10 m pobierają opłatę około 10 E/noc. Bojki są w trzech sektorach zatoki i jest ich około 200. 
Dalej na zachód przepiękna zatoka Frejus ze miasteczkiem St. Raphael znanym z mieszczącego się w nim Kasyna i Muzeum Archeologicznego z Amforami wyłowionymi z Morza Śródziemnego.  Mijamy przepiękną zatokę St. Tropez, aczkolwiek nie wchodzimy do niej bo chcemy przeciąć zatokę a do St. Tropez trzeba by było odjechać 7- 8 mil na W. Mimo, że jeszcze przed sezonem, jachtów pojawia się coraz więcej. Prawda, dzisiaj piątek więc weekend.
 
Dopływamy do wysp Heyres (jest ich 3 : Porquerolles, Port Cros i du Levant), mając nadzieję stanąć spokojnie w zatoce jednej z nich. Wybieramy Port de Cros ze świetnie osłoniętą zatoką. Już widzimy to miejsce gdzie rzucimy kotwicę i nagle w zasięgu wzroku ukazują się 2, 3,  5 jachtów, które z przeciwnej strony zmierzają w kierunku tej samej zatoki. Niestety płyną z wiatrem i na silnikach, więc nie mamy szans. Będą pierwsi.
Zatoka jest dość duża i jakoś udaje nam się „zmieścić”. Ekipa z tych pięciu jachtów jest czarterowa i dobrze bawią się całą noc, a o dużej wyobraźni (lub może jej braku) świadczył poranny widok. Wszystkie jachty trenowały manewry nocne i stanęły w tratwie na dwóch kotwicach, rzuconych z najbardziej zewnętrznych jachtów. Na szczęście woda gładka jak na jeziorze. Na wyspie znajduje się ciekawa twierdza Port Man z XVI w a cała wyspa jak i sąsiednia Porquerolle jest obsadzona z powodu pożaru w latach 90-tych roślinnością podzwrotnikową.
Wiatr od rufy zaczyna się wzmagać ale płynie się dobrze i szybko. Mimo długiego postoju  na Lazurowym  nie mamy choroby morskiej. Przed nocą komunikaty pogodowe są dość sprzeczne, więc postanawiamy dla bezpieczeństwa wpłynąć do portu Sanary sur Mer już za Toulonem. Porcik sympatyczny, kameralny ale i nie tani. Płacimy 18 E/noc ale to już chyba cena z wyższego sezonu.  Kolejne 35 mil i mamy na trawersie La Ciotat. Pierwotnie zamierzaliśmy dopłynąć do Marsylii albo przynajmniej do Cassis ale pogoda się popsuła, jest zimno, pada, burza więc zawracamy spod największego klifu nad Morzem Śródziemnym i wchodzimy do zatoki La Ciotat. Klif Cap Canaille ma 350 m wysokości i rozciąga się z niego wspaniały widok na Calanques (kalanki czyli super chronione zatoczki), Cassis i oczywiście na morze. W La Ciotat stoimy bardzo bezpiecznie na kotwicy prawie przed samym wejściem do starego portu. Pada i jest wietrznie. Gdzie ta pogoda ze słonecznego południa Francji ?
Prognozy na następne dni nieciekawe, silne wiatry, nawet do 7B, jest mała przerwa w dmuchaniu na jutrzejszy dzień, ale fala która nas łapie zaraz po wyjściu z zatoki zniechęca do żeglugi. Zawracamy więc na nasze kotwicowe miejsce. Po południu jednak się przejaśnia a fala obserwowana przez lornetkę wydaje się być mniejsza. Mamy więc do wyboru spróbować jeszcze raz popołudniu i wykonać 15 milowy skok do Marsylii   albo wejść do portu i przeczekać kilka następnych dni w porcie. I tu pojawia się pewien problem bo za 3 dni mamy umówione spotkanie w Porcie Martiquez na wyjmowanie Bimsi z wody i składanie masztu. Hmmm...  Z głębokich rozmyślań wyrywa nas kontrola francuskiej służby celnej, którzy po dobiciu do burty wchodzą na jacht, przeglądają wnętrze, dokumenty i pytają  co mamy w dziesięciu 5-litrowych baniakach od wina znajdujących się na pokładzie.  No cóż... teraz już tylko wodę. Służą nam one za dodatkowe zbiorniki a przy okazji z powodu ciemnego plastiku świetnie ogrzewają wodę do kąpieli.  Żegnamy się miło i podnosimy kotwicę. Płyniemy ! Fala już mniejsza, da się żeglować. Z ciekawością wyglądamy Calaneques, faktycznie są niesamowicie chronione, bardzo uważnie trzeba wyglądać wejścia do nich bo w ogóle ich nie widać.  Z morza widać tylko skały. Mijamy najbardziej znane Calanque de Port Miou, Calanque D'un Vau, Calanque de Morgiou i Calanque de Sormiou. Żaden Mistral tu nie trafi.  Przed zatoką Marsylską mijamy łańcuch wysepek, przy których też można stanąć na kotwicy a przy samym cyplu przed zatoką omijamy 2 wyspy, chociaż autochtoni przepływają pomiędzy lądem a tymi wysepkami ale jest tam wąsko i skaliście.
Wchodzimy do portu Pointe Rouge na przedmieściach Marsylii, mając po lewej stronie Wyspy Friouli. Pierwotny plan to była kotwica przy jednej z wysp ale pogoda właśnie zaczyna się sprawdzać z prognozami i na ostatnim „lżejszym podmuchu” wpływamy do Mariny. Jest 21.00. 
Następnego dnia rozwiewa się potężnie, ale to nie wszystko. Popołudniu w całe wybrzeże na południu Francji od Monaco po La Ciotat uderzają ogromne fale ze wschodu. Wiatr był NW, więc tego uderzenia praktycznie nikt nie przewidział. Dostało się ostro wszystkim portom, nie wspominając o jachtach, które stały na kotwicy w zatokach. W Monaco, St. Laurent, Antibes, Cannes  średnio 40 % jachtów poczuło tą falę na tyle, że spowodowało uszkodzenia od powyrywanych knag, porwanych cum po pęknięte burty. Największych fal (ponad 6 metrowych) było tak naprawdę kilka ale nikt się ich nie spodziewał. Wystarczyło więc aby straty były poważne. W zatokę La Ciotat fale uderzyły również i nawet  port, w którym mieliśmy plan się schować przed wiatrem oberwał nieźle. Jednak Neptun nad nami czuwał, że wypłynęliśmy stamtąd dzień wcześniej. Zastanawiały nas tego dnia fale w Marsylii, na których ślizgali się surferzy a przy wietrze z NW nie powinno ich być w ogóle.  A potem się dowiedzieliśmy.... 
Korzystając z tych nieprzychylnych dni na morzu zwiedzamy Marsylię aczkolwiek znów termin nas goni. Z prognozy wynika, że do południa będzie wiało do 4-5B a potem od 6B w górę Zatoce Lwiej. Decyzja – płyniemy skoro świt, najwyżej zawiniemy do Vieux Port w Marsylii. Trawersujemy go i jeszcze nie jest tak źle, zostało nam 10 mil do wejścia do portu w Golfe du Fos.
 
Wpływamy w zatokę de Fos, od portu dzieli nas 5 mil gdy prognoza się przyspiesza, jest dopiero 10.30 rano a już wieje spokojnie 6B. Tzn nie jest spokojnie, bo po zmianie kursu za cyplem Cap Couronne wiatr mamy z dziobu. Fala niby nie jest za duża, ale wiatr przybiera na sile. Próbujemy jazdy na silniku i grocie ale postęp mamy praktycznie zerowy. Pozostaje więc tylko halsowanie również ze skrawkiem genui ze wspomaganiem silnika. W pewnej chwili zwątpiłam już czy nie pozostanie nam sztormowanie z wiatrem do Marsylii, na szczęście nasza Bimsi postanowiła się nie poddawać  i dopłynąć do portu.
Przez te ostatnie kilka mil mijamy, walcząc z coraz silniejszym wiatrem kilkadziesiąt statków stojących na redzie zatoki de Fos. Wreszcie port ! Stajemy w pierwszym czyli Port de Buc. Uff, dobrze, że dzieci spokojnie podchodzą do ciężkich warunków i się nie denerwują tylko spokojnie oglądały bajkę, zmieniając co chwilę miejsce do przytrzymania się przy zmianie halsu.
 
07-10 maja poświęciliśmy na prace przy Bimsi w porcie Marritima na lądzie. Oczywiście Francja nie byłaby Francją jakby czegoś nie zapomnieli zarezerwować, np. zapisania usługi składania masztu. I zamiast go złożyć przed wyjęciem z wody, składali go nam już gdy staliśmy na lądzie. Trzy dni intensywnych prac, deszcz trochę psuł nam harmonogram w malowaniu ale w końcu udało się szczęśliwie położyć kilka warstwa podkładu i farby antyporostowej. I już ze złożonym masztem ruszamy dalej. Ostatnie chwile na morzu również niezbyt łaskawe bo musimy przeciąć zatokę de Fos aby wejść w główki kanału prowadzącego do portu St. Louis. Wiatr nie wielki ale za to jaka fala ! A my bezwładnie bez masztu kiwamy się na niej jak bańka-wstańka.
W porcie St. Louis poznajemy rodzinę na małym katamaranie, która dopiero co spłynęła Rodanem i przed nimi przygoda na Śródziemnym. Płyną z Anglii, w zasadzie to dopiero 3 rodzina z małymi dziećmi, których poznajemy. 
A przed nami Rodan pod prąd. Woda nie jest zbyt wysoka, więc mamy nadzieję, że i prąd nie będzie zbyt duży. Startujemy o 6.00 rano, jak tylko po raz pierwszy otwierają śluzę dla łódek turystycznych. Pierwszy odcinek do Arles – 40km. Na początku nie jest źle, płyniemy nawet z prędkością 2,5-3 węzły, ale mniej więcej w połowie drogi prąd się zwiększa i nasza prędkość na prawie pełnej mocy silnika spada do 1 węzła ! Na dodatek niebo zasnuwa się czarnymi chmurami, błyska się i grzmi, widoczność spada do 10 m a weszliśmy właśnie w najwęższy dzisiaj odcinek oznaczony bojami i cieszymy się, jak możemy zobaczyć chociażby jedną boję przed nami. Kapryśna ta Dolina Rodanu :-). Po 10 godzinach „jazdy” docieramy do Arles, pomost Halte Fluviale VNF-u nie istnieje już, więc stajemy przy niewielkim pomoście z łódkami rybackimi, otwarto-pokładowymi. Są małe ale i my niewielcy więc stajemy do jednej z nich longsidem.
Sprawdzamy na stronie internetowej poziom wody na Rodanie i okazuje się, że akurat zaczyna wzrastać. Ale tylko trochę, przed nami najtrudniejszy jak mówią lokalni rybacy odcinek z Arles do Tarascon. Duże zwężenie i bardzo silny prąd . Nie mylą się. Dodajemy sobie mocy drugim silnikiem – przyczepnym. I jakoś się przedzieramy przez prądy i dodatkowo wiry pod mostami. Chwilami naprawdę ciężko utrzymać sterowność. Ale mamy już Avignion. Kolejne kilka dni  pogoda nam nie sprzyja bo rozwiewa się słynny Mistral. Pod prąd i pod wiatr posuwamy się bardzo powoli. Ruszamy wcześnie rano o 05.00 i płyniemy tylko do 10-11.00 bo wtedy wiatr jest niewielki a i prąd jeszcze nie osiąga pełnej mocy ponieważ dopiero o tej porze elektrownie wodne ruszają pełną parą-wodą. Stajemy więc na całe dnie i noce przy pomostach przed śluzami. Panowie śluzowi na Rodanie widząc małą żaglówkę są dla nas mili i łaskawi :-). Motorówkom nie pozwalają stawać dłużej niż czas oczekiwania na śluzowanie.  Portów na Rodanie jest kilka ale większość niestety nie dla nas – za duże zanurzenie. Odwiedzamy tylko jeden w Valence, gdzie na wejściu gwarantują 2,20 m ale prąd jest bardzo silny. Sam port jest świetnie zorganizowany, duży plac przeznaczony na remonty, nowe zaplecze sanitarne, stoły piknikowe do miasteczka i sklepów niedaleko. Płacimy za te luksusy 17 E/noc.
Po 10 dniach wpływamy w Lyonie na Saonę. Udało się, najcięższy kawałek za nami, a spłynąć do morza 2 lata temu było tak łatwo :-). W Lyonie próbujemy kupić francuską Vignietę na drogi wodne ale jest niedziela, w poniedziałek święto więc odpływamy w dalszą drogę. Po odbiciu od miejskiej kei jesteśmy jeszcze świadkami niesamowitego sukcesu wędkarskiego. Wędkarz na niewielkiej motorowce po 30 min walki wyciąga na łódkę 2 metrowego suma ! Ogon i łeb wystają mu po obu stronach burty. Niesamowite. Wszyscy obserwatorzy z brzegu biją mu brawo.
Na Saonie stajemy pierwszego dnia w Jassans-Rotiers gdzie dopłynęliśmy dopiero ok 19.00. Płyniemy tak daleko ponieważ wcześniej jakikolwiek postój był niemożliwy ze względu na szalejących ludzi na motorówkach w ślizgu. Fale jakie robili groziły wrzuceniem nas na pomost, więc nie pozostało nam nic innego jak płynąć dopóki oni nie przestaną pływać. Saona jest przepiękną rzeką, prąd jest już dużo łagodniejszy, więc naprawdę można tu mówić o przyjemnej żegludze. Niestety na silniku. Rano mijamy żaglówkę płynącą w dół i ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu ma ona polską banderę ! Zawracamy i zatrzymujemy się razem jeszcze raz w Jassans-Rotiers.
Załogę stanowili Polacy z Jacht Klubu Polskiego w Londynie.  Spędziliśmy razem cały dzień, wieczorem grillując i snując morskie opowieści. Tak naprawdę to był to pierwszy jacht pod polską banderą spotkany w całej naszej podróży. Trochę smutne. Wierzę, że na pewno trochę ich pływa ale niestety na tyle mało, że ciężko się spotkać. Na "Saonie" płyniemy naszymi poprzednimi śladami, starając się stawać w znanych miejscach, jak : Tournous, Gergy, St. Jean de Losne, Auxonne.
Po drodze podejmujemy decyzję o zatrzymaniu się na 381 km Saony (jest to już Petite Saona) w porcie Fouchecourt. Pracują i mieszkają tu nasi znajomi Szwajcarzy, z których zaproszenia korzystamy i wstawiamy BIMSI do portu.
I ….. tu się kończy na razie nasza trasa. Postanowiliśmy zostawić BIMSI na rok w Fouchecourt. Miejsce jest idealne do podjęcia podróży w obie strony, tydzień czasu wystarczy aby spłynąć z powrotem na Morze Śródziemne (z prądem jest o wiele szybciej) lub 2-3 tygodnie aby dopłynąć na Bałtyk.  A my wracamy do Polski. 
 
 

XIII. BMSI w POLSCE . Przez kanały i prądy rzek do kraju.

Po roku od powrotu załogi BIMSI z 2-letniego rejsu, postanowiliśmy sprowadzić również największą bohaterkę tego rejsu do Polski. BIMSI została na francuskich wodach śródlądowych i tam spokojnie przezimowała na Małej Saonie w Fouchecourt  niedaleko Dijon. Nie wiadomo kto zatęsknił bardziej, my za nią czy ona za nami grunt, że zdecydowaliśmy się na sprowadzenie jej na łono ojczyzny. Transport lądowy wykraczał poza nasze możliwości finansowe, (słono liczą sobie firmy specjalizujące się w takich usługach)  więc pozostała wersja przypłynięcia. Wiadomo jednak, po powrocie do cywilizacji już nie tak łatwo się wyrwać. Broniąc się cały czas przed trybami tej strasznej machiny, wybraliśmy termin 3 tygodniowy i postanowiliśmy spróbować w tym czasie wrócić. W drugą stronę, prawie ten sam odcinek zabrał nam ponad 8 tygodni, ale płynęliśmy wtedy z dziećmi a teraz sami aby przyspieszyć. Plan więc był ambitny.
 Aby zminimalizować ryzyko niespodzianek postanowiliśmy wracać prawie tą samą trasą: Mała Saona, Canal des Vosges, Mosela, Ren, kanały w Niemczech  i tu pewna modyfikacja przez Berlin, Odrą do Szczecina. Bardzo pełni wiary mimo wieści, że kilka tygodni temu był problem z ilością wody na Kanale des Vosges opuściliśmy gościnny port w Fouchecourt. Tego samego dnia byliśmy przy pierwszej śluzie des Vosges-a. Pan pozwolił nam wpłynąć i uprzejmie zapytał się o nasze zanurzenie.  Byliśmy mniej załadowani niż na rejsie ale mniej niż 1.60 BIMSI już na pewno nie ma. Pan pokręcił głową i kazał nam zawracać. Śluza nr 35 ma w tym momencie tylko 1.35-1.40 wody. W jednej chwili plan legł w gruzach! Wracamy do Fouchecourt opracować plan B, który cały czas gdzieś tam tlił się w głowach ale broniliśmy się przed nim z całych sił, z powodu ponad 600 km odcinka Renu. Kto nie pamięta, czemu mieliśmy opory przed wejściem w reńskie wiry, polecam lekturę z rejsu na naszej stronie
www.bimsi.home.pl . Niestety w tej chwili była to jedyna, najkrótsza czasowo droga, chociaż kilometrowo o jakieś 200 km dłuższa niż ta wcześniej zaplanowana.
 Bierzemy więc kurs na Kanał Rodan-Ren, który znajduje się prawie na końcu Małej Saony zaraz przed San Jean de Losne.  Czyli zawracamy. Kanał ten jest mało gabarytowy ( raportowana głębokość 1.80), na jego trasie 237 km trzeba pokonać 114 śluz. Dzwoniliśmy na kilka śluz aby dowiedzieć się o stan wody, chociaż od tygodnia padało, nie wystarczyło jednak wody na Canal des Vosges i mieliśmy obawy czy i tu nie będzie podobnego problemu.  Odpowiedzi były: powinno być ok, po prostu trzymajcie się środka kanału. Nieźle, a jak będzie przy mijankach? Na pierwszej śluzie dostaliśmy gigantycznego pilota i ładowarkę. Energii starczało mu na 2 dni aby uruchamiać śluzy i należało go podładować. System reagował w odległości 100 m od śluzy, więc potem trzeba było kręcić lub bardzo zwalniać a do brzegów nie mogliśmy podchodzić bo płytko lub kamienie. Kanał Rodan-Ren okazał się w pierwszych kilkudziesięciu km bardzo malowniczy, przepiękne miejsca na postoje, miasteczka takie jak Dole, Brevans kusiły trawiastymi brzegami, miejscami na piknik oraz szeptały swoją historią (w Dole np. urodził się i spędził dzieciństwo Ludwik Pasteur). Niestety plan mieliśmy napięty, więc obserwowaliśmy to tylko z pokładu jachtu.  Pierwszy odcinek to wspięcie się do wododziału – 75 śluz. Kanał co chwilę przechodzi w rzekę Doub, która ma teraz niewielki prąd ale wiosną i jesienią może być on groźny). Najgorsze jednak chyba są baraże czyli po naszemu jazzy. Zaczynają się zaraz za wyjściem ze śluzy i trzeba wzdłuż nich przepłynąć. Za każdym razem wsłuchuję się w silnik, czy czasem nie zmienia tonów i nie zamierza zgasnąć, bo w tym miejscu kiepsko by to wyglądało. Huk spadającej po kamieniach wody jest ogłuszający. Po przejściu śluzy nr 50 czekamy na czerwone światło przed wejściem do tunelu pod Besançon. Nie damy rady opłynąć miasta jak robią to barki i tramwaje turystyczne bo głębokości tylko do 1.20. W tunelu również najpierw jest śluza, wszystko sztucznie oświetlone, jedziemy w górę. W Besançon stanęliśmy na nocleg przy starej, opuszczonej  barce-restauracji, która sąsiadowała z innymi zamieszkałymi barkami.  Od 8 śluzy mamy „przewodnika” na skuterze, którego zamówiliśmy dzień wcześniej zgodnie ze wskazówkami na śluzie 27 ( trzeba go było zamówić wcześniej).  „Przewodnik” z VNF-u obsługuje śluzy ręcznie i w momencie jak my wypływamy wsiada na skuter i jedzie przygotowywać następną śluzę. Kolejnego dnia z przewodnikiem przechodzimy Wododział i pokonujemy 35 śluz w dół. Mechanizm jest niesamowity, gdyż śluzy są usytuowane jedna za drugą na ogromnym wzgórzu i przed nami hen hen rozpościera się dolina, do której dostaniemy się wieczorem. Odległość między śluzami to 300-400 m. Kanał przecina miasteczka, gdzie czasem można się zatrzymać i zrobić szybkie zakupy. Wewnątrz śluz widzimy różne daty, najstarsza to chyba 1830 r., kiedy to zaczęto kopać kanał. Pracowali nad nim więźniowie i wojsko. I 150 lat później dalej istnieje i ma się dobrze. Po 5  i pół dniach pokonaliśmy Kanał Rodan-Ren i weszliśmy w miejscowości Nifer w Kanał Alzacki czyli praktycznie już Ren. Prąd porwał nas w swe szpony i przyspieszyliśmy niesamowicie. Oznaczenia kilometrowe prawie śmigają nam przed oczami. Zaczęliśmy na 186 km rzeki. Przed nami 12 wielkich śluz, które są na pierwszych 333 km Renu.  Na szczęście kanał śluzowy odchodzi w bok, więc do śluz wchodzi się bez prądu. Nie wyobrażam sobie inaczej.  Ruch nie jest wielki, chyba ograniczony właśnie tymi śluzami. Drugie po żegludze z prądem, co nam spędza sen z oczu jest wybór miejsc na postój.  Na pierwszy ogień wybieramy Port w Breisach na końcu Kanału Alzackiego (w kanale nie ma przystani i nie wolno kotwiczyć), gdzie metalowe rusztowanie  w wodzie z knagami jest taką rzeczną przystanią. Woda huczy i pędzi a tu trzeba się wbić pod prąd w wąski przesmyk i zacumować. Jak się później okazało wejście do portu w porównaniu z wyjściem było dziecinnym manewrem. Postanowiliśmy zastosować  jedyną możliwą technikę. Płynięcie pod prąd na takiej prędkości aby nas lekko wycofywało, czyli przemieszczaliśmy się do tyłu rufą, mimo, że bieg był do przodu (ok 2 węzły). I tak powoli,  powoli, skręcając lekko, udało nam się wymknąć na wolność z metalowej klatki.  Przechodzenie śluz na Renie nie było nawet zbyt uciążliwe, może dlatego że znajdują się one po stronie francuskiej a nie niemieckiej i obsługa jest sympatyczna. Ok. 1 km przed jak już się jest w zasięgu wzroku należy zgłosić chęć pokonania śluzy. Przeważnie nie było problemu aby po ok. 20-25 min już być śluzowanym ( nawet jak byliśmy sami), dłuższe czekanie nie jest przyjemne bo na większości nie ma miejsc na postój dla małych, sportowych łódek i trzeba się kręcić, próbując uniknąć bliższego kontaktu z wpływającymi lub wypływającymi barkami i statkami pasażerskimi. Śluzy są podwójne ( dwie obok siebie – mieszczące po 4 barki naraz) więc ruch potrafi być czasem spory.  Wewnątrz w większości pływające polery, choć jedna była stara na przekładkę. Problemem jest śluzowanie razem z dużymi statkami, które mają w zwyczaju łapać się tylko cumą dziobową a rufę przytrzymują przy ścianie za pomocą silnika, od którego fala i wiry ze śruby są dla nas bardzo niebezpieczne.  Nieraz przez VHF prosiliśmy o komunikat do statków aby zmniejszyły siłę silników i o dziwo zawsze prośba była przekazywana przez obsługę  śluzy statkom, których załoga niezbyt zadowolona z dodatkowej pracy przywiązywała się również z rufy.
Jeden nocleg wypadł nam w fantastycznym porcie na jeziorze Offendorsee, które odchodziło od Renu. Nie mogliśmy uwierzyć nagle głębokościom, jakie pokazały się na logu po wpłynięciu tam – ponad 40 metrów!
Po 340 km skończyły się śluzy i zaczęła się niczym nie hamowana rzeka. Pędzi, kotłuje wodę a i ruch od razu wzrósł. Pokonujemy 160-170 km rzeki dziennie, więc przebiegi rekordowe. Najgorszy odcinek od 530-560km, przełom Renu i słynne Lorelay. Oznaczenia bardzo dokładne ale ze środka rzeki wystają skały, robi się wąsko, góry otaczające nas są bardzo wysokie, a ruch jak na złość ogromny. Boimy się nawet o 10 cm wychylić poza tor, jednak mijającym nas z naprzeciwka barkom wydaje się, że w ogóle powinniśmy płynąć poza torem wodnym ze względu na naszą wielkość, szkoda że zanurzenie mamy podobne.   Próbujemy się nie dać staranować ani zepchnąć, dostajemy jednak zawsze karę za niesubordynację w postaci dużych fal w burtę i BIMSI wpada w dziki taniec. Na samym Loreley jest ruch jednokierunkowy, sterowany specjalnymi znakami, pierwszeństwo mają statki płynące z prądem, te pod prąd muszą poczekać. Po raz pierwszy widzimy też holowniki, które ciągną barki pod prąd. No my też byśmy tu nigdy w życiu nie dali rady.  Dopływając do Koblenz na 592 km oddychamy z ulgą, te tereny już znamy, jeszcze 200 km i będziemy w Duisburgu. Mijamy miejsce naszej przygody na Renie z przed 3 lat ( przy wypływaniu z portu wpadnięcie na kamienie i ściągnie BIMSI przez wszystkie możliwe służby ratunkowe) – dzisiaj stoją tam żółte boje i jest całkowity zakaz wpływania od strony, którą my chcieliśmy trawersować. Szkoda, że wtedy nie było…
Po miłej konwersacji z kapitanem-polakiem z EilTanku ( niemiecka barka-tankowiec) wpływamy na kanał Ren-Herne. W cztery i pół dnia zrobiliśmy z prądem ponad 600 km najpotężniejszej rzeki w Europie.
Kolejny kanał Dortmund Ems, potem Kanał Mittlland i żegluga staje się mniej emocjonująca, trzeba tylko bardziej uważać aby nie skręcić w bok bo brzegi bardzo blisko. Na 320 kilometrze przepływamy przez cud techniki, jakim jest akwedukt nad Łabą (Elbą). Piękny, nowy i ogromny. Ruch na trasie spory ale coraz więcej za to polskich barek. Wypytujemy kogo się da o przejście Odrą, czy głębokości wystarczające. Wieści pozytywne. Na razie wpływamy jeszcze w kanał  Odra –Havela, na którym poczuliśmy się jak na mazurskich jeziorach. Kanał co chwilę przekształca się w rozległe jeziora, gdzie usytuowało się mnóstwo porcików, przystani. Kluczymy aby nie zderzyć się z ogromną ilością żaglówek, motorówek, kajaków, itp. Brzegi są bardzo przyjazne, dużo łódek stoi też na kotwicy. Też rozważaliśmy takie rozwiązanie ale podobno policja niemiecka dość restrykcyjnie podchodzi do kotwiczenia w pobliżu toru wodnego. Będziemy więc szukać jakiś marin. Nasza łódka nie wygląda tutaj zbyt egzotycznie, może trochę złożony maszt nas wyróżnia. Za to wpływające z za zakrętu czarno-białe kolosy, które prują wodę i przesłaniają na chwilę część krajobrazu już bardziej. Nie spodziewaliśmy się tu również prądu z Haveli. Niezbyt silny ok. 1 węzła ale trochę zwolniliśmy. Ostatni odcinek związany z tą rzeką to Kanał Havela, którego mamy do pokonania 30 km. Wybraliśmy tą drogę aby nie wpływać do Berlina, który właśnie omijamy gdzieś niedaleko. Kanał jest wąski, dziki, co chwila słyszymy plusk od zanurzających się w  wodę bobrów. Na początku był jeden port a dalej pustka, jest za wąsko aby stanąć przy którymś z brzegów bo w nocy może się tu zabłąkać jakaś barka. Wyczytujemy wszystko co możliwe w naszej „wesce” – przewodniku po wodach niemieckich dla barek. Rekomendowane Liegestelle nie istnieje a powoli zaczyna się ściemniać, dokonujemy próby wejścia do niewielkiej zatoczki, gdzie stoi kilka motorówek ale po pokonaniu 2 metrów za tor już stoimy a sonda pokazuje głębokość 1,10. Dopływamy do połowy kanału, gdzie znajduje się miejsce postoju dla WSA czyli  służb wodnych. Po cichutku stajemy do starej barki mając nadzieję, że nas stąd nie wygonią.
 Następnego dnia czujemy się już bliżej Polski, wpływając na Oder-Havel Wasserstrase. Ależ to brzmi! Tu też jest trochę rozlewisk a przy nich mnóstwo portów i przystani. Zakątków i tras na  2 tygodniowy urlop by nie zabrakło. Tylko łódka powinna mieć mniejsze zanurzenie. Znowu płyniemy pod prąd 1 węzeł wolniej.  Przed nami podnośnik Niederfinof, niesamowity twór niemieckiej techniki. Podnośnik ma 37 m wysokości podnosi barki  84 metrowe.
Na 138 kilometrze kanału wybieramy śluzę aby dostać się na Odrę Zachodnią. Można też wpłynąć drugą śluzą i płynąć Odrą Wschodnią, która przy takim wysokim poziomie wody jaki mamy, jest całkowicie dostępna i szybsza. Jakoś nie chce nam się na koniec ryzykować i wybieramy bardziej skanalizowaną zachodnią część.  Z niecierpliwością zaczynamy wypatrywać słupków granicznych oznaczających , że już jesteśmy na w polskiej wodzie. Mijamy niemieckie motorówki, które niosą biało-czerwoną banderę „gościnną”  - niesamowity widok. Kilka razy widzieliśmy i polskie jednostki, wędkarzy chyba najwięcej. Przepływamy pod trasą A6 i po kilku km BIMSI wpływa do Szczecina. I można by powiedzieć, że spokojnie dobijamy do nabrzeża i szczęśliwi stawiamy stopy na polskiej ziemi gdyby, nie…. zabrakło nam paliwa na wysokości Dworca Głównego w Szczecinie. Silnik zakaszlał kilka razy i zgasł. Po raz pierwszy naprawdę awaryjnie uruchomiliśmy zapasową przyczepną Yamahę aby nas popchała ostatni kilometr.  Po noclegu przy miejskim nabrzeżu (bardzo bezpiecznym mimo szemranego towarzystwa) bierzemy kurs na Trzebież, gdzie czeka na nas miejsce w COŻ. I tam BIMSI w końcu może odpocząć, prawie czując słony zapach kolejnego morza.
Czas wyprawy : 20 dni
Francja od Fouchecourt ( Mała Saona) –Kanał Rodan –Ren  7 dni
Kanał Alzacki i rzeka Ren  - 4,5 dnia
Kanały niemieckie i Odra  - 8,5 dnia
Dodając do tego czas wyprawy z Portu St.Louis w 2010 r:
Rodan pod prąd – 11 dni
Saona pod prąd do Fouchecourt – 10 dni



Magdalena i Sebastian Banasikowie
 


 
Strona głównaOpis rejsu - RELACJENagroda - wyróżnienieUsługiGaleria zdjęćKontakt
Bimsi, sprzedaż jachtów, przeprowadzanie, transport jachtów Morze Śródziemne, Bałtyk